Uwaga!

Trwają prace techniczne na witrynie hifi.pl. Dopóki widoczny będzie niniejszy komunikat prosimy:
- nie zamieszczać ogłoszeń na giełdzie
- nie logować się na swoje konto
- nie rejestrować nowych kont na hifi.pl
- jeśli jesteście Państwo zalogowani prosimy o jak najszybsze wylogowanie

Przewidujemy, że czas trwania prac nie przekroczy 30 minut. W tym czasie można normalnie korzystać z treści zamieszczonych na hifi.pl.

Kiedy niniejszy komunikat zniknie będzie to oznaczało, że prace zostały zakończone i możliwe jest korzystanie z wszystkich funkcji witryny.

Przepraszamy za wszelkie niedogodności wynikające z prowadzony prac.

Start Pomoc Kontakt Reklama O nas Zaloguj Rejestracja

Witryna hifi.pl wykorzystuje ciasteczka (cookies). Proszę kliknąć aby uzyskać więcej informacji.

NAD 216


recenzja pierwotnie opublikowana w Magazynie Hi-Fi 4/95
Wymiary: 435,146,283 mm
Moc: 125/8
Cena (08/1995): 2.160 zł
Zestaw testowy 1: Meridian 500/563, JMlab Point Source 5.1
Zestaw testowy 2: Meridian 500/563, Monitor Audio Studio 20SE

NAD 216 jest jednym z niedawno wprowadzonych modeli. NAD ma w swojej aktualnej ofercie sporo wzmacniaczy mocy. Widać, że producent trochę więcej uwagi poświęca teraz tej kategorii sprzętu. Wydaje mi się, że ma to związek z popularyzacją domowego kina. Wzmacniacze mocy mogą się przydać do wysterowania dodatkowych kolumn, zmostkowana końcówka w trybie mono nadaje się znakomicie do napędzania subwooferów. Konstrukcja 216 jest pokrewna do modelu 214, który był z kolei spadkobiercą 208.

Zasadniczo 216 jest zwykłym wzmacniaczem mocy i jego możliwości użytkowe nie wymagają szerszego opisu. 216 ma też, odłączany przełącznikiem na tylnej ściance, układ soft clipping do łagodzenia sposobu obcinania sygnału przy pracy pracy z bardzo dużymi mocami. W praktyce nie powinno to zbyt często występować, bo 216 ma pokaźne możliwości. 125 watów mocy ciągłej przy 8 omach wzrasta do 200 watów przy obciążeniu 4-omowym. Oprócz pracy w normalnym trybie dwukanałowym, 216 może też być zmostkowany. Wówczas pobiera sygnał tylko z wejścia dla lewego kanału i pracuje jako monoblok o mocy 400 W. Tak jak większość innych producentów, NAD podkreśla w swych materiałach, że te parametry i możliwości użytkowe będą przydatne zarówno w zwykłych systemach hi-fi jak też i w systemach audiowizualnych.

Zaglądając do środka zobaczymy naprawdę duży transformator toroidalny. Jest to transformator "Holmgren" (a może należałoby powiedzieć "transformator Holmgrena", niestety nie wiem co dokładnie oznacza ta nazwa) o niskiej stratności. Złożony został wniosek o opatentowanie konstrukcji transformatora. Dla osób, które lubią widok pancernych podzespołów widok ten będzie bardzo przyjemny. Nic dziwnego, że dzięki temu 216-ka waży dość dużo.

Wzmacniacz ma certyfikat THX. W praktyce ma to niewielkie znaczenie, oznacza jedynie, że spełnia on wymagane przez Lucasfilm normy techniczne. W przeciwieństwie do kolumn posiadających ten certyfikat, wzmacniacze nie muszą się wykazać żadnymi specjalnymi cechami, które mogłyby zaszkodzić przy ich wykorzystaniu w normalnych systemach. Wadą licencji THX jest wpływ na cenę. Każde urządzenie, które ma certyfikat THX jest przez to droższe ponieważ obciążone jest ono opłatą dla Lucasfilm.

Opis wrażeń brzmieniowych jest wspólny dla 216-ki i przedwzmacniacza QED Vector Reference.

OPINIA 1
Często jakość dźwięku nie idzie w parze z dużą ilością dostępnej mocy. Tak jak w przeszłości nie zachwycił wzmacniacz mocy NAD 2100 z przedwzmacniaczem pasywnym QED, tak tym razem jakość dźwięku była tylko satysfakcjonująca.

Barwa jest tu dość gładka i miękka. Czasami tylko w klasyce dźwięk był zbyt twardy. Przypominało mi to trochę wzmacniacze Moth Integrated i Denon 450SE. Podczas gdy brzmienie w klasyce dało pozytywne rezultaty, słabo wypadły solowe wokale. Głos Sary K był mały i cienki, daleko schowany na scenie. Nie można tu mówić o namacalności czy autentyczności wokalu.

Analityczność nie budziła zastrzeżeń, szczegółów nie trzeba było długo poszukiwać. To co mogłoby być lepsze, to jakość projekcji szczegółów przy niskich poziomach. Przy cichych fragmentach orkiestry miałem wrażenie, że zaraz wszystko uśnie. Wraz z opadaniem poziomu dźwięku, zanikało też poczucie akustyki sali (szelesty, szumy).

Dynamika i szybkość tej kombinacji należy do umiarkowanych. Walory te raczej kojarzyłem ze wzmacniaczem klasy średniej za 1500 zł, a nie z ogromną końcówką mocy. Energia z uderzenia w bębny, czy też w blachy perkusji nie zapierała u nas oddechu. Było tu sporo siły, ale mało zwinności.

Wysokie tony były neutralne, pozbawione słodkości, ale też i ostrości. Góra grała dość żywo, z detalami. Pewien niedosyt pozostał jedynie po zbyt długim i ziarnistym wybrzmiewaniu talerzy.

Basu jest sporo. Nie jest on jednak zbyt przejrzysty. Śledzenie gry Dave Holland'a nie było relaksujące. Bas był mięsisty, ale nie trzymany pod ścisłą kontrolą. Płyta Chesky Records ukazała niedostatki w przekazaniu kontrabasu akompaniującego Sarze K. Dźwięk był rozwleczony i trochę ślamazarny. Przekazanie barw także nie zadowalało.

Pomijając przesunięcie w sceny w lewo, obraz był stabilny i plastyczny. Głębia wyraźnie kończyła się ścianą, za którą brakowało dźwięku. Poczucie akustyki nie odbiegało od średniej.

Kombinacja QED plus NAD z pewnością stanowi lekarstwo dla osoby posiadającej duży pokój, duże zestawy głośnikowe o niskiej efektywności i słuchającej głośno hip hopu lub acid jazzu. Jeżeli jednak najważniejsza jest jakość dźwięku więcej do zaoferowania ma chociażby Audiolab 8000 i kilka innych wzmacniaczy w zbliżonej cenie.

Wersja pasywna
Wyeliminowanie szeregu elementów elektronicznych z toru sygnałowego i pozostawienie tylko potencjometru głośności przyniosło zauważalne rezultaty. Dźwięk stał się szczuplejszy, ale też i bardziej neutralny.

W wersji pasywnej kombinacja NAD/QED brzmi bardzo oszczędnie i minimalistycznie. Zakres barw uległ uszczupleniu, ciepło występujące w QED w wersji aktywnej tu zostało usunięte. Barwy były raczej surowe i suche niż soczyste i pełne. Dźwięki były delikatne, a zarazem realistycznie przekazane, gdy barwa była ostra (trąbki) nie ulegała ona upiększaniu. Wokal był bardzo czysty i otwarty.

Bas uległ przyspieszeniu, zmniejszyła się zaś jego ilość. W kontrabasie brakowało jedynie trochę mięsistości i oparcia. Różnicowanie brzmienia było lepsze niż w wersji aktywnej. Ogólnie dolne zakresy były przetwarzane sprawnie i szybko, jednak pozostawało wrażenie braku potęgi.

Scena dźwiękowa jak wspomniałem była poprawna, ale nie tak gęsta i pełna jak poprzednio. Dźwięk był lekko wycofany i zawieszony w zwiewnej przestrzeni. Odnosiliśmy wrażenie lepszej przestronności między instrumentami. Głębia była wybudowana bardzo solidnie, chociaż instrumenty były zawieszone trochę jakby w próżni.

Tak jak poprzednio kombinacja ta nie służy wyławianiu szczegółów z nagrania. Utwory klasyczne wypadły sterylnie bez konkretnych informacji o akustyce. Gdy orkiestra milkła, odnosiłem wrażenie spowolnienia i zamierania przekazu.

Wysokie tony są bardziej wyostrzone niż w wersji aktywnej. Są też wyraźniej zaznaczane na planie. Podczas gdy wersja aktywna miała równowagę brzmienia skupioną na zakresie łączącym bas i środek, to tutaj lekko faworyzowany był wyższy środek i góra. Tak jak w całym paśmie wysokim tonom przydałoby się trochę ciepła i aksamitności.

Kombinacja NAD/QED w wersji pasywnej brzmi bardzo neutralnie. Można powiedzieć, że zbyt neutralnie, brakuje tu zaznaczenia czynników, które czynią przekaz bardziej naturalnym np. ciepło, paleta barw, namacalność akustyki. Z nagrań pozostaje szkielet, który inne wzmacniacze na swój sposób przyozdabiały. Trochę dziwi brak zdecydowanego basu z tej kombinacji. Gdyby system ten kosztował poniżej 2000 zł z pewnością stanowiłby kandydata na "najlepszy zakup". Tak też w ślepym teście z MK odebraliśmy tę kombinację - bardzo dobre urządzenie, ale niedrogie. Do Państwa należy wybór, czy warto dopłacić za zapas mocy końcówki NAD. Zwolennicy lampowego brzmienia powinni od razu rozejrzeć się gdzie indziej. (MS)

OPINIA 2
Początki odsłuchów w trybie z aktywnym przedwzmacniaczem minęły bezproblemowo, ale i bez powodów do zachwytu. W miarę upływu czasu, dawało się wyłowić różne drobne niedociągnięcia. Mimo braku drażniących usterek w rodzaju szorstkości, naturalność barw była przeciętna. Nie podobały mi się ani trąbki, ani skrzypce, ani wibrafon. Wysokie tony były nieprecyzyjne i miały szumiącą barwę. Moje zastrzeżenia potwierdził też KK. Główna zaleta to brak agresywności, która nie wystąpiła mimo usterek barwy.

Poprawa brzmienia w wersji pasywnej była spora. Brzmienie skrzypiec, wibrafonu i trąb było gładsze, bardziej płynne i szlachetniejsze, choć nadal brakowało trochę blasku w wyższych rejestrach. Naturalniejsze były też wokale. Poprawiły się wysokie, choć nadal nie zaprezentowały klarownej czystości spotykanej w naprawdę udanych wzmacniaczach. Stosunkowo najmniejsze zmiany dotyczyły basu choć i on zyskał na pominięciu części wzmacniającej Vectora. W wersji aktywnej był on relatywnie najlepszym zakresem częstotliwości. Dość wyrazisty, nieźle kontrolowany, choć ograniczony pod względem absolutnej potęgi.

Jeśli ktoś sądzi, że dynamika wzmacniacza bierze się tylko z mocy jego końcówki, po przesłuchaniu 216-ki z dwoma różnymi wariantami przedwzmacniacza zapewne zmieniłby zdanie. I pod tym względem aktywny wariant był gorszy. Dość dobrze wzmacniacz sprawował się z muzyką elektryczną, gdzie przyzwoity bas spełnił rolę siły napędowej muzyki. W pozostałych przypadkach jednak zawiódł oferując dość płaskie pozbawione kontrastu brzmienie. Odłączenie części aktywnej nie tylko poprawiło czystość brzmienia instrumentów, ale też i nadało im więcej życia.

Lokalizacja była w wersji aktywnej trochę niepewna, niejednokrotnie brakowało stabilnego zogniskowania źródeł w konkretnych miejscach. Przestrzenność też prezentowała zaledwie średni poziom i odbiegała od osiągów bardziej udanych wzmacniaczy tej klasy cenowej. A co w wersji pasywnej? Oczywiście poprawa. Lokalizacja, choć nie wybitna w swej ostrości, była już stabilna i pewna. Poprawiła się przejrzystość, lepsza była czytelność akustycznego tła.

Zgodnie oceniliśmy, że kombinacja lepiej sprawdziła się przy muzyce rockowej i w takim zastosowaniu prezentuje niezłą wartość.

Testowaliśmy QED i 216 w komplecie. W szczególności żałuję, że nie mieliśmy do dyspozycji wysokiej klasy przedwzmacniacza i wzmacniacza mocy do porównania. Trudno nam ocenić jak dobre były poszczególne elementy z osobna. Czytając oceny trzeba pamiętać, że w innych konfiguracjach niewykluczone jest wydobycie większego potencjału z testowanych tu urządzeń. Osobiście jestem zdania, że w połączeniu z pasywnym Vectorem NAD miał okazję by pokazać co jest wart.

W odniesieniu do QED trzeba przede wszystkim podkreślić dużą różnicę pomiędzy wersją aktywną a pasywną. W kategoriach audiofilskich jest to różnica klasy i nie możemy pozytywnie ocenić wersji aktywnej, natomiast wersja pasywna prezentuje się korzystnie. Dla osób planujących intensywne wykorzystanie trybu aktywnego Vector nie jest szczególnie atrakcyjny. Zależnie od potrzeb użytkowych konkretnego słuchacza ocena będzie więc zróżnicowana. Będąc zupełnie szczerym, mam wątpliwości jak ocenić Vectora. Chyba najsensowniejsze będzie wykorzystanie tego przedwzmacniacza przez osoby, które ograniczą się do wykorzystania części pasywnej, a jednocześnie cenią sobie komfort zdalnego sterowania, a najlepiej jeśli ich odtwarzacz reaguje na sygnały zdalnego sterowania w kodzie RC-5. Wbrew pozorom nie jest to aż tak bardzo skomplikowana czy też nietypowa sytuacja. Ale wciąż pozostaje pytanie: po co do tego jeszcze płacić za mało udaną część elektroniczną? (GS)

Jeśli mają Państwo uwagi dotyczące tej strony lub zauważyliście na niej błędy, dajcie nam znać.
Kliknięcie na niniejszy link spowoduje uruchomienie w nowym oknie formularza, przy pomocy którego można przekazać uwagi do redakcji.
Copyright © 1991-2019 Magazyn Hi-Fi, Gdynia, Poland
logo hifi.pl