Uwaga!

Trwają prace techniczne na witrynie hifi.pl. Dopóki widoczny będzie niniejszy komunikat prosimy:
- nie zamieszczać ogłoszeń na giełdzie
- nie logować się na swoje konto
- nie rejestrować nowych kont na hifi.pl
- jeśli jesteście Państwo zalogowani prosimy o jak najszybsze wylogowanie

Przewidujemy, że czas trwania prac nie przekroczy 30 minut. W tym czasie można normalnie korzystać z treści zamieszczonych na hifi.pl.

Kiedy niniejszy komunikat zniknie będzie to oznaczało, że prace zostały zakończone i możliwe jest korzystanie z wszystkich funkcji witryny.

Przepraszamy za wszelkie niedogodności wynikające z prowadzony prac.

Start Pomoc Kontakt Reklama O nas Zaloguj Rejestracja

Witryna hifi.pl wykorzystuje ciasteczka (cookies). Proszę kliknąć aby uzyskać więcej informacji.

Cary SLA-70 Mk.II


recenzja pierwotnie opublikowana w Magazynie Hi-Fi 6/97
Wymiary: 330,152,305 mm
Moc: 30/8
Cena (12/1997): 1.650 USD
Zestaw testowy 1: Audiomeca Mephisto, Meridian 566, Rogers Studio 7
Zestaw testowy 2: Audiomeca Mephisto, Meridian 566, Zoller Design Metropolis Imagination

Amerykańska firma Cary Audio Design na naszym rynku może się wydawać marką trochę egzotyczną. I faktycznie nie jest to gigant, nawet jak na standardy specjalistycznego audio, ale w USA firma ta jest dobrze znana. Kilka miesięcy obecności w Polsce to z pewnością zbyt mało na zdobycie szerszej popularności. Czas pokaże, jak Cary przyjmie się wśród polskich audiofili. Nawet w przypadku powodzenia, na masową sprzedaż raczej nie ma co liczyć - sprzęt tej firmy nie jest bowiem tani.

Z zewnątrz wzmacniacz prezentuje się dość skromnie. Do redakcji trafił chyba po dłuższym pobycie w sklepie dystrybutora, przykryty był bowiem sporą warstewką kurzu. W tym stanie wyglądał niemal tak jak urządzenie wyciągnięte ze starych wojskowych zapasów. Końcówka Cary nie ma właściwie żadnych elementów wykończeniowych służących tworzeniu wrażenia ekskluzywności. Zwyczajna obudowa z polakierowanej na czarno blachy, czarne kubki transformatorów wyjściowych, typowe gniazda i przełączniki. Dwa spore kondensatory są również zamontowane na zewnątrz bez żadnej osłony. Jedynie wyeksponowane lampy mogą w ciemnym pomieszczeniu "czarować" swym blaskiem - oczywiście jeśli ktoś jest czuły na takie efekty wizualne. Tylko napisy oznaczające transformatory wyjściowe wykonano w ozdobnej formie. SLA-70 Mk.II nie ma żadnych szczególnych cech użytkowych czy elementów regulacyjnych. Po zainstalowaniu lamp nie pozostaje nic innego jak podłączyć wzmacniacz i słuchać muzyki.

Zaglądając do środka w pierwszej chwili można przeżyć lekki zawód z powodu bałaganu jaki ukaże się naszym oczom. W SLA-70 nie zastosowano żadnej płytki drukowanej. Podstawową techniką montażu jest tzw. "pająk". Właściwą płytą montażową jest górna ścianka obudowy. Do niej przymocowane są podstawki lamp, kondensatory zasilacza i część innych kondensatorów. Najwyraźniej starano się by w miarę możliwości elementy były lutowane bezpośrednio do wyprowadzeń podstawek lamp. Tam gdzie bezpośrednie połączenia wyprowadzeń elementów nie były możliwe zastosowano po prostu kable i połączeniowe kostki. Plątanina przewodów i elementów sprawia wrażenie trochę pogmatwanej. Układ połączeniowy jest też wyraźnie niesymetryczny - prowadzenie wielu kabli dla każdego z kanałów jest inne. Przyglądając się bliżej znaleźć można jednak sporo dobrych komponentów. Zastosowano kondensatory polistyrenowe i polipropylenowe takich firm jak Nippon chemi Con, Solen i Kimber Kap.

Lampy pochodzą z różnych stron świata. Wyjściowe E34L ze słowackiej Tesli, 5U4/CV-729 używane w prostowniku to produkt angielski, a 6SL7 wyprodukowano w USA. Pakowane na czas transportu do pudełek lampy były oznaczone numerami, a schemat rozmieszczenia lamp z wpisanymi numerkami znajduje się w instrukcji obsługi. Odtworzenie pierwotnej postaci montażu nie jest więc żadnym problemem.

W instrukcji obsługi nie ma ani słowa na temat dopasowania do impedancji kolumn, zaskakująca sytuacja w przypadku wzmacniacza lampowego. Zaciski są zaś pojedyncze, nie ma osobnych gniazd na 4 i 8 omów jak to się spotyka w wielu konstrukcjach lampowych, nie ma też opisu przy gniazdach. Jedyną wskazówką jest specyfikacja mocy określona dla obciążenia 8-omowego. Z drugiej strony ilość informacji technicznych w instrukcji obsługi jest wyjątkowo duża. Producent podał na przykład ogólne omówienie schematu wzmacniacza. Lampy E34L pracują w konfiguracji push-pull w układzie tetroda/pentoda, w klasie A. Transformatory wyjściowe są specjalnie zaprojektowane do tego konkretnego modelu wzmacniacza. Sprzężenie zwrotne jest bardzo płytkie - tylko 4 dB.

Parametry wejścia gwarantują całkiem szeroką kompatybilność. Impedancja wejściowa jest wysoka, wynosi 150 komów i nie powinna sprawić problemów nawet przy pracy z pasywnymi przedwzmacniaczami. Czułość 1,5V też powinna być wystarczająca. Kłopot może się pojawić przy użytkowaniu źródeł o mniejszym poziomie wyjściowym wraz z pasywnym przedwzmacniaczem. W epoce dominacji CD i małej popularności pasywnych regulatorów głośności w praktyce taka sytuacja powstanie bardzo rzadko.

Instrukcja obsługi jest długa i stanowi lekturę dość ciekawą. Cary wspomina też w niej o obcinaniu sygnału. Zaprezentowano pogląd, że zamiast dążyć do zwiększania mocy wzmacniacza, tak by nie obcinał on sygnału, lepiej jest opracować konstrukcję, która po chwilowym przeciążeniu szybko wraca do stanu normalnego. Cary słusznie zauważa, że w sygnale muzycznym bardzo znaczna jest różnica pomiędzy mocą chwilową a mocą średnią. Z tego powodu trudno jest zrobić wzmacniacz tak mocny by wiernie odtworzył on wszystkie impulsy. SLA-70 ma według opisu zachowywać przy przesterowaniu symetrię sygnału wyjściowego w całym zakresie częstotliwości. Cary podkreśla też stabilność swego wzmacniacza, który można bez ryzyka pozostawić z rozwartymi zaciskami. Dla osiągnięcia pełni możliwości dźwiękowych zaleca się 100 godzin użytkowania. Jaka jest tego przyczyna techniczna? W instrukcji napisano wprost, że to zjawisko nie poddaje się w pełni inżynierskiej analizie, ale po prostu tak jest. Cary zapewnia, że wzmacniacz powinien pracować przez wiele lat bez konieczności wymiany lamp. Gdyby taka potrzeba zaszła, należy wymieniać lampy na sparowane komplety pochodzące od tego samego producenta. (GS)

Opinia 1
Jeżeli istnieje jakakolwiek definicja brzmienia typowego dla urządzeń lampowych, to końcówka mocy Cary jest chyba przykładem takiego właśnie brzmienia.

Równowaga tonalna tego wzmacniacza została nieznacznie zachwiana. Bas jest najbardziej dominującą i obecną częścią dźwięku jaki oferuje nam to urządzenie, już przy pierwszych dźwiękach słychać było znaczny oddech dołu. Dodatkowo Cary - w przeciwieństwie do drugiego recenzowanego tu lampowca - nieznacznie faworyzował także wysokie tony. Stwarzało to wrażenie znacznego ocieplenia całej średnicy. W rezultacie barwy uległy zmianom, instrumenty miały charakterystyczne niskotonowe zabarwienie, nie było to specjalnie uciążliwe, lecz w momencie porównania z innym - poprawnie brzmiącym wzmacniaczem - pozostało wrażenie braku naturalności. Odsunięcie od słuchacza średnich tonów po pierwsze powoduje że brzmienie jest ciepłe, łagodne i miękkie. Wokale były bardziej gładkie, przyjemniejsze dla ucha. Niestety utwory rockowe straciły swoją natarczywość i szorstki charakter, nabrały nieco mrocznego zabarwienia.

Z drugiej strony odsunięcie pierwszego planu w tył owocuje ograniczeniem dynamiki i "stłamszeniem" częstotliwości, które kreują większość materiału muzycznego, czyli właśnie średnich tonów. Taki charakter wzmacniacza powoduje spowolnienie i uśpienie fragmentów naprawdę dynamicznych, koloryzuje zaś partie spokojne, dodatkowo ocieplając i tak już łagodne brzmienie. Nieznacznemu spowolnieniu uległo też tempo. Dynamika poszczególnych instrumentów, właściwe oddanie transjentów pozostawiała wiele do życzenia. Skrzypce, gitary czy blachy w perkusji miały za mało swobody i otwartości, były jakby ściśnięte, nie mogły się oderwać od zestawów głośnikowych. Charakterystyczną cechą Cary jest też nieznaczne (mniejsze niż czynił to Arion) odfiltrowanie z dźwięku chropowatości i ostrości.

Bas to chyba najbardziej dynamiczny zakres, mimo wszystko przy bezpośrednim porównaniu z X-A50 transjentowe wybuchy można określić jako tylko przeciętne, słabo odseparowane, poszczególne dźwięki ulegały zlewaniu. Śledzenie szarpanych strun kontrabasu wymagało większego skupienia. Zróżnicowanie barw było na wysokim poziomie, generalnie bas był obszerny i tłusty. Jeżeli chodzi o oddanie szczegółu, to w przypadku basu wystąpiła przewaga ilości nad jakością. Schowany środek też nie może poszczycić się klarownością i przestrzenią.

Dynamika dużych i głośnych składów uległa pewnemu ograniczeniu, opierała się głównie na solidnej mięsistej podstawie basowej co mogło stwarzać wrażenie potęgi, niestety szybkie i wybuchowe fragmenty pozostawiły niedosyt. Mikroszczegóły zostały ograniczone, brak super analityczności i niuansów dynamicznych.

Dźwięki były raczej duże i obszerne. Dodatkowo pewna ociężałość powodowała, że instrumenty były jakby uwięzione w zestawach głośnikowych, nie mogły się wyzwolić, oderwać, odseparować. Możliwość śledzenia poszczególnych źródeł była praktycznie możliwa tylko na pierwszym planie, w głębi wszystko stanowiło jedną masę, źródła się zlewały. Scena dźwiękowa była wystarczająco szeroka, jednak jej głębokość - mimo że zaznaczona w większości nagrań - została wyraźnie ograniczona. Przy głośnych wybuchowych fragmentach powstawał pewien zamęt, wielkość obrazu przestrzennego ulegała redukcji. Efekty pogłosowe zostały zaznaczone lecz również ograniczone, pogłos charakterystyczny dla wnętrza kościoła był zauważalnie skrócony.

Z wszystkich tych zarzutów nie wynika co dziwne, że Cary jest końcówką mało ciekawą. Wręcz przeciwnie, dźwiękowa całość ma w sobie pewien niezaprzeczalny urok, co potwierdza fakt, że ludzie kupują lampowce właśnie ze względu na ich niepowtarzalne brzmienie, często ciekawsze od brzmienia równorzędnych wzmacniaczy tranzystorowych. (JD+RS)

Opinia 2
Przy spokojniejszym materiale muzycznym - głównie w przypadku nagrań klasycznych - średnica wydawała się czysta i gładka. Ładnie harmonizowało to z nieco wyostrzonym charakterem Metropolis Imagination. Biorąc jednak pod uwagę poprawkę na towarzyszący tor (nie tylko kolumny ale i przedwzmacniacz brzmi dość jasno) należy jednak uznać, że Cary trochę przesadnie złagodził brzmienie średnicy. Nie odnotowałem krytycznych uwag odnośnie przesadnego ocieplania poprzez uwypuklenie niższej części średnicy. Natomiast trochę zbyt skromnie brzmiały wyższe rejestry wokali czy fortepianu. Dźwięk zyskiwał przez to zaokrąglenia - w sumie był to całkiem sympatyczny efekt, choć lekko odbiegał od neutralności. Podobny był też charakter wysokich tonów. Dość elegancko usunięto z dźwięku wyostrzenia i szorstkości, a przy okazji umknęło też troszkę naturalnej metaliczności.

Oceniając bas Cary poprzez porównanie z LFD PA2M trzeba by głównie zwrócić uwagę na niedociągnięcia. SLA-70 Mk.II nie zapewnia podobnej zwartości i kontroli w niskich rejestrach. Jednak poważniejszych problemów nie odnotowałem. Lekkie ocieplenie i wrażenie sporej obfitości tego zakresu połączono z co najmniej średnią kontrolą. Owszem, Cary brzmi trochę zbyt miękko, ale w końcu jest to wzmacniacz lampowy i taki wynik nie stanowi niespodzianki.

Kiedy SLA-70 znajdował się w redakcji zapoznał się z nim również jeden z moich znajomych. Wcześniej już kilka razy słuchał on różnych sprzętów z tymi samymi kolumnami i w tym samym pomieszczeniu. Odsłuchy te były jednak oddzielone dość dużymi odstępami w czasie, a więc można stwierdzić, że mieliśmy do czynienia ze słuchaczem słabo oswojonym z brzmieniem systemu testowego. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze komentarze, a mianowicie stwierdzenie, że Cary chyba nie jest zbyt szybki, zwłaszcza przy odtwarzaniu dźwięków transjentowych. Biorąc pod uwagę okoliczności, uważam, ze znajomy wykazał się godnym podziwu zmysłem obserwacji. Faktycznie po przejściu przez SLA-70 impulsy są nieco zmiękczone, troszkę wolniejsze niż powinny być. Uderzenia w instrumenty perkusyjne pozostają trochę zbyt delikatne. W tej samej konwencji utrzymano bas - z umiarkowanym rytmem, bez wyraźnego uderzenia i akcentu. W spokojniejszych nagraniach dość dobrze uchwycono wolny kołyszący rytm, ale w szybszych zagubiono część rytmicznego napięcia. Natomiast w swej masie dźwięk jest w miarę swobodny, mało skompresowany, czasem nawet dość obfity. Dość ciekawie wypadły dzięki temu nagrania Marcusa Millera i Ginger Baker Trio.

Scena stereofoniczne cechowała się niezłą równowagą. Wrażenie akustyki może nie było do końca sugestywne, ale większych braków nie odnotowałem.

Średnica generalnie jest selektywna, co często wystarcza dla stworzenia dobrego wrażenia ogólnego. Ilość dźwięków na planie zdaje się być pokaźna, wyraziście wyróżnione są takie dźwięki jak choćby przesuw palca po strunie gitary. Z drugiej strony subtelności na krańcach pasma ginęły gdzieś w miękkiej całości. Mimo natężenia uwagi jakoś nie byłem w stanie wysłyszeć modulacji dźwięków. Podobnie bas też nie był zbyt precyzyjnie różnicowany.

Po kilku wzmacniaczach lampowych (Audio Research, Audio Note i inne) wyłamujących się ze schematu ciepłego brzmienia o miękkim basie, ostatnio trafiło do nas kilka kolejnych, które z kolei są bliżej tego klasycznego stereotypu. Można to po części odnieść do recenzowanej obok Elektry, do opisywanego wcześniej Anthema i można też do SLA-70 Mk.II. Wzmacniacz Cary brzmiał przyjemnie, ale generalnie dedykował bym go przede wszystkim zwolennikom tradycyjnej szkoły lampowej. Jak dobrać sprzęt do tego wzmacniacza? Z jednej strony dla zrównoważenia charakteru SLA-70 przydałyby się kolumny o szybkim i rozjaśnionym brzmieniu. Z drugiej strony właśnie szybkie kolumny najbardziej obnażą złagodzenia w brzmieniu wzmacniacza Cary. Jak to często bywa w takich przypadkach jednoznaczne określenie najlepszych kombinacji nie będzie proste. (GS)

Jeśli mają Państwo uwagi dotyczące tej strony lub zauważyliście na niej błędy, dajcie nam znać.
Kliknięcie na niniejszy link spowoduje uruchomienie w nowym oknie formularza, przy pomocy którego można przekazać uwagi do redakcji.
Copyright © 1991-2019 Magazyn Hi-Fi, Gdynia, Poland
logo hifi.pl