Start Pomoc Kontakt Reklama O nas Zaloguj Rejestracja

Witryna hifi.pl wykorzystuje ciasteczka (cookies). Proszę kliknąć aby uzyskać więcej informacji.

Andrzej Marków


Wywiad przeprowadzono w roku 1997, w siedzibie redakcji w Gdyni. Wiele razy miałem okazję rozmawiać z panem Andrzejem Markówem przy okazji recenzowania lampowych wzmacniaczy ArtLine. Kontakty te przyniosły mi szereg interesujących informacji. Doszedłem do wniosku, że i dla Państwa uwagi pana Andrzeja na temat lamp mogą być równie ciekawe. Tak więc, kiedy nadarzyła się okazja, zasiedliśmy do dłuższej rozmowy. Oto owoc naszego spotkania.
Rozmówcy: AM - Andrzej Marków, GS - Grzegorz Swiniarski
GS: Zacznijmy może od wzmacniaczy lampowych w ogóle. Dlaczego poszedł Pan akurat w tę stronę?
AM: Do tego należy podejść tak, że trzeba mieć dużo czasu, dużo zacięcia i kochać to co się robi. Łączę w sobie te cechy, że to jest moja pasja, moje zacięcie, wiele lat praktyki i żmudnych badań. Dlatego polecałbym wszystkim, którzy cokolwiek mają zamiar robić - niekoniecznie wzmacniacze, ale jakąkolwiek dziedziną się zajmują - po prostu trzeba robić to z zacięciem i wierzyć w to mimo niepowodzeń, mimo kłopotów czy trudności, mimo niezbyt pochlebnych opinii na początku. To trzeba pokonać, przeczekać wszelkie trudności i wytrwale dążyć do celu.

GS: To w sensie ogólnym. Ale czy eksperymentował Pan z tranzystorami w swoich własnych konstrukcjach i czemu wybór padł na lampy. Czy też może lampy były od samego początku, a czas tylko przyniósł potwierdzenie wstępnego wyboru.
AM: To było troszeczkę inaczej. Na początku, kiedy chodziłem do policealnego studium elektronicznego, to wtedy lampy były, ale ja nie byłem przygotowany do wykonywania takich urządzeń, które mogłyby być rozprowadzane wśród ludzi i spełniać pewne wymagania rasowego wzmacniacza pod względem użytkowym, pod względem bezpieczeństwa, zapewnienia serwisu i parametrów. Poza tym większa część moich kolegów przychodziła do mnie żeby poradzić coś na przykład z padniętym wzmacniaczem WS303 czy WS503, czy w ogóle z jakąkolwiek produkcją Fonici, Diory lub innych krajowych sprzętów. I przy okazji naprawiania stwierdzałem: mogę doprowadzić wzmacniacz do stanu fabrycznego, ale mogę to zrobić lepiej uwzględniając moje wiadomości i to co można zrobić wykorzystując płytkę i te same układy. Wstawiać inne wartości elementów, mocniejsze tranzystory, większe pojemności w zasilaczach, grubsze kable, nawijać odpowiednio większe transformatory, unikać błędów konstrukcji, która była optymalizowana żeby obniżyć koszty. Bo co innego jest robić wzmacniacz audiofilski w ilości 100 sztuk rocznie, a co innego jest jak się robi dziesiątki tysięcy. Pewne błędy, które były w WS-ach robione, symboliczne pojemności w zasilaczu, czy prowadzenie przełącznika głośników cienką linką, taką taśmą, to były straszne błędy jeśli chodzi o dźwięk, tego typu rzeczy powinno się unikać. Również chaotyczne prowadzenie przewodów w poprzek całego wzmacniacza. To nie sprzyjało, żeby uzyskiwać takie parametry jakich ludzie zaczynali już oczekiwać od tego sprzętu załóżmy na przełomie lat 80-tych. Wtedy to się zaczęło poprawianie tych wzmacniaczy. To co było zrobione źle to się poprawiało, co trzeba było wyrzucić to się wyrzucało. Montowałem takie wzmacniacze, które były już dobre. Działały po kilkanaście lat i jeszcze do dzisiaj te które robiłem działają. Podorabiałem zabezpieczenia przed tym "łupaniem" na początku jak się włączało i wyłączało. Przecież to było bardzo szkodliwe dla głośników ówcześnie stosowanych. Robiłem zabezpieczenia termiczne, zabezpieczenia przed pojawieniem się napięcia stałego na wyjściu, przed przekroczeniem napięcia wyjściowego, przed zanikiem sieci, przed przegrzaniem. Tego typu rzeczy były bardzo tanie w produkcji, nie wiem dlaczego firmy rodzime nie robiły tego typu zabezpieczeń. Przychodził do mnie na przykład ktoś ze wzmacniaczem, z nalepioną kartką: "przegrzewa się, nie odbiera z magnetofonu, prawy wtyk do kolumn pali kolumny". To było możliwe do zrobienia.

Nie wiem czy jeszcze jest tak obecnie, ale były produkowane wzmacniacze, które miały nawet miejsce na przekaźnik, ale ze względów oszczędnościowych nie montowano ich i wzmacniacze były niebezpieczone. Są wzmacniacze krajowe, które mają bardzo poważne błędy. Na przykład wyłącznik sieciowy ze względów estetycznych ciągnięty jest pod korektorem gramofonu, tuż koło korektora do gramofonu jest przełącznik głośników, a wiadomo, że tam są duże amplitudy. I to jest bardzo niebezpieczne ze względu na to, że ktoś przełączając głośniki może spowodować wzbudzenie wzmacniacza gdy słucha gramofonu i "demolka" zupełna. A jeszcze jak się weźmie poprawkę na zadrutowane bezpieczniki czy jakieś inne przeróbki amatorskie, to może doprowadzić albo do pożaru albo do spalenia. Niedawno naprawiałem taki wzmacniacz, który się odpalił ogniem, bo ktoś niefrasobliwie wstawił 4-amperowy bezpiecznik zamiast 1-amperowego do sieci. I tego typu rzeczy w krajowym sprzęcie tranzystorowym były robione i mam nadzieję, że już nie będą. Nie wiem również czemu już odeszli od używania wspaniałych tranzystorów KD502/503, które po selekcji mogą być po prostu rewelacyjne ze względu na to, że są produkowane na podłożu z miedzi. Jest to duża obudowa tranzystora TO3, ale cały tranzystor jest wykonany z miedzi. Ówczesne tranzystory stosowane w sprzęcie, z przykręcaną na jedną śrubkę obudową TO220, która ze względów bezpieczeństwa i oszczędności montowana jest na dwie albo trzy podkładki mikowe. Żeby nie zniszczyć wzmacniacz jeśli jakiś wiórek podejdzie. Te tranzystory się przegrzewają, robią "demolkę" i ludzie tracą zaufanie do firmy. Więc jeżeli się stosuje takie rzeczy to ludzie się zrażają i przychodzą do mnie nie tyle żeby podrasować, ale żeby to było przyzwoite.

Kiedy dążyłem do uzyskania jak najlepszych parametrów we wzmacniaczach tranzystorowych - w tych obudowach, bo trzeba powiedzieć, że wykorzystywałem w tych wzmacniaczach właściwie obudowy - niewiele tam w środku zostawało, bo się robiło dokładnie cały wzmacniacz mocy, selekcjonowane tranzystory, zabezpieczenia termiczne, prąd zerowy miał kontakt z radiatorem a nie wisiał w powietrzu, czujniki temperatury były robione, porządny zasilacz, zabezpieczenie. Były WS-y czy inne wzmacniacze, które grały bardzo przyzwoicie, porządnie.

Po mojej wizycie w Kanadzie w 1990 roku stwierdziłem, że w sklepach z rasowym high-endem, które tam nagminnie odwiedzałem w Toronto, zobaczyłem, że ludzie jednak skłaniają się w kierunku lamp i ceny są tam bardzo wysokie, nawet na warunki kanadyjskie. Trzeba półtorej do dwóch pensji zapłacić za średniej klasy wzmacniacz typu Audio Innovations 500. Stwierdziłem, że jednak warto pomęczyć się nad lampami i zacząłem kopać w literaturze, w opisach wzmacniaczy, również prasa audiofilska w tym mi bardzo pomagała. Dzięki temu zaczęły powstawać wzmacniacze coraz to lepsze. Pewnego dnia dokopałem się do takiej radzieckiej książeczki gdzie były opisywane pierwsze układy większych mocy do nagłaśniania publicznych wypowiedzi, czy na stadionie, czy jakichś radiowęzłowych wzmacniaczy i tam zastosowano specjalne układy lamp, to znaczy pewne konfiguracje połączeniowe, które umożliwiały uzyskiwanie dotychczas niespotykanych punktów pracy lamp, które były po prostu nie używane bo nie było do tego potrzeby. Popracowałem nad takim wzmacniaczem, właśnie nad tym układem. Najpierw zbudowałem go dokładnie z takich lamp jak były robione w latach 20-tych. Trudno było zdobyć takie lampy, ale pogrzebałem i zrobiłem dokładnie tak jak oni kazali według tych schematów. Ponieważ to nie działało jeszcze tak jak bym chciał, ale były już pewne oznaki prawidłowości i wiedziałem, że ten układ może zagrać dobrze. Wstawiłem współczesne lampy poprzeliczałem co trzeba i wzmacniacz zaczął się zachowywać tak, że już byłem z niego zadowolony. Potem zacząłem już iść w kierunku prawdziwego high-endu, czyli żeby wzmacniacz już miał takie parametry jakich oczekują naprawdę wybredni melomani. To znaczy dobija się już o pasmo powyżej kilkuset kHz, no i żeby te wzmacniacze były rzeczywiście takie, na jakie klienci czekają. I teraz głównym kierunkiem jaki chciałbym zachować jest to, że by nie projektować wzmacniacze do takich lamp jakie ja bym chciał, bo można powiedzieć oglądając współczesne pisma audiofilskie, ach mamy piękne lampy 300B, mamy 825, czy 211, które są bardzo kłopotliwe do używania bo mają bezpośrednio żarzoną katodę. Ja stwierdzam, że żeby zachować dobre parametry wzmacniacza trzeba się trochę namęczyć, pogłówkować i popracować przy użyciu tych lamp, które jeszcze mamy dostępne po niskich cenach. Bo to gwarantuje, że finalny produkt będzie tani.

Ja wiem, że audiofile na prawdę wybitni na pewno będą mieli tyle pieniędzy, że oni sobie sprowadzą ten wzmacniacz czy z Anglii, czy z Niemiec czy ze Stanów Zjednoczonych. Oni już na pewno będą mieli te porządne wzmacniacze. Chodzi mi o tani wzmacniacz o prawidłowych manierach, żeby on był bardziej popularny wśród niezbyt zamożnych melomanów, którzy mają sprzęt w granicach kilku tysięcy, a nie kilkudziesięciu tysięcy. I chodzi o to, że trzeba również zapewnić serwis tych wzmacniaczy. Co z tego, że ktoś sobie sprowadzi wzmacniacz na lampach 300B. Po jakimś czasie ta lampa mu się zużyje i potem będzie musiał zapłacić po 400 dolarów za sztukę. Chodzi o to, że koszt eksploatacji takiego wzmacniacza licząc na muzykogodziny będzie o wiele tańszy jeśli to zrobię ja, czy w ogóle ktoś kto będzie chciał się podjąć produkcji takich wzmacniaczy. I dlatego, jeżeli mam jakąś partię lamp do kupienia, to się najpierw zastanawiam co to za lampa, obejrzę ją w katalogu, potem się zastanowię jak by ją można adaptować do moich układów i jeżeli rzeczywiście jest sens żeby ją kupować, to znaczy jest to lampa przewidziana do pracy akustycznej lub jakiejś tam generacyjnej czy nadawczej, to wówczas projektuję układ do wykorzystania tych lamp. Niedawno miałem taki przykład. Ktoś ratował przed zakopaniem do ziemi kilka tysięcy lamp po jakimś magazynie po lampach NRD-owskich ECC83, 82, ECC85 i nawet PCC85, które były stosowane w głowicach w telewizorze. Więc ja po prostu projektuję wzmacniacz taki, żeby wykorzystywać te lampy, które jeszcze są i których jest na tyle dużo, żeby nie skończyło się na jednym wzmacniaczu. Dla ludzi, którzy się rozglądają za wzmacniaczem ważne jest to żeby wzmacniacz mógł być i dobry i tani w eksploatacji. I co będzie jeśli lampy padną. Większość ludzi się pyta, a co będzie jak się lampa stłucze? To trzeba powiedzieć, że jest to łatwe do wymiany. Zrobiłem taką konstrukcję, żeby można dostać się do punktów kalibracyjnych, bez rozbierania całego wzmacniacza. Tylko zdejmuje się górną płytę i jest dostęp do wszystkiego. Wpina się w odpowiednie miejsca galwanometr, woltomierze i amperomierze ewentualnie i ustawiając na dekadzie oporniki kalibruje się odpowiednie prądy lamp i po wlutowaniu odpowiedniego oporniczka można doprowadzić wzmacniacz po wymianie lamp w ciągu powiedzmy godziny do prawidłowej eksploatacji. To znaczy oczywiście po 10 lub 50 godzinach należy jeszcze powtórzyć ten cykl, żeby po stwardnieniu lampy uzyskać idealną symetrię i trwałość parametrów i sprawdzić czy ona się prawidłowo zachowuje i wtedy można z czystym sumieniem puścić ten wzmacniacz w Polskę czy w świat. Człowiek, który będzie miał taki wzmacniacz nie będzie zmuszony załóżmy do przyjechania z powrotem do Polski, czy w ogóle szukania jakichś lamp specjalnych, które ja gdzieś tam wymyśliłem czy znalazłem i nie będzie innych kiedy się skończą. Więc muszą być to wzmacniacze tanie i na ogólnie dostępnych lampach, które jeszcze są tanie, nawet na rynku zachodnim. I dlatego właśnie najmłodsza moja konstrukcja, Pocahontas, to wzmacniacz na EL84 z układami wejściowymi od Maiko. Czyli żeby zrobić wzmacniacz, który gra z manierami high-endowego wzmacniacza, ale za małe pieniądze, żeby on był popularny wśród mniej zamożnych melomanów i żeby przygotowywał ludzi słuchowo do przejścia na kolejne etapy coraz to lepszych wzmacniaczy, ale już lampowych. Najlepszym sposobem na pozyskanie klientów, czy w ogóle przekonanie melomanów do wzmacniacza lampowego jest to żeby mu wypożyczyć taki wzmacniacz na tydzień. I taki człowiek jest już stracony dla wzmacniacza tranzystorowego. I ja mówię to z czystym przekonaniem. Autentycznie jest bardzo wiele osób, które czekają na taki wzmacniacz.

GS: Mimo wszystko trwałość lamp często budzi obawy.
AM: Właśnie dlatego projektuję wzmacniacze z użyciem lamp, które mają katody tlenkowe. Dlaczego? Dlatego, że wzmacniacz na lampach z katodami tlenkowymi można tak zbudować, że przy pomocy prostych i tanich elementów półprzewodnikowych - bo we wzmacniaczu takim są jeszcze elementy półprzewodnikowe do stabilizacji żarzenia, do stabilizacji anodowej, do różnych prostowników - można zapewnić lampom, które pracują w takim wzmacniaczu super komfortowe warunki pracy. Przede wszystkim stabilność napięcia żarzenia, czego nie ma wzmacniacz Ongaku. Nie chciałbym działać wbrew firmie, która robi Ongaku. Trzeba jednak przyznać, jeśli mamy lampę z bezpośrednim żarzeniem, czyli katodą torowaną (taką lampą jest 211), to lampa ma trwałość profesjonalną rzędu 10.000 godzin pracy, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy stabilność napięcia żarzenia jest zachowana +/- 1,5%. To wtedy można rzeczywiście zachować długowieczność tej lampy. W przypadku kiedy wzmacniacz Ongaku jest zasilany bezpośrednio z sieci i lampa jest żarzona z transformatora bezpośrednio, tylko z odczepu jest uziemiona, to trwałość tej lampy jest o wiele mniejsza. Rzeczywiście jeśli ktoś kupuje wzmacniacz za 55.000 dolarów albo więcej to jego już nie interesuje czy on zapłaci za lampę 70 dolarów czy 300. Bo i tak i tak go będzie na to stać. Ale jeśli ktoś wyda na wzmacniacz dużo pieniędzy i załóżmy za pół roku zaczyna mieć kłopoty bo coś już zaczyna zniekształcać, bo lampa się zużyła, to już jest coś nie tak. Uważam, że firma jest nie fair w stosunku do użytkowników, chyba, że rzeczywiście mają super stabilną sieć i nie pływa to tak jak w Warszawie czy w jakichś innych mniejszych miejscowościach. Bo o ile tutaj dla Magazynu Hi-Fi jest specjalna podstacja (śmiech ogólny) niedaleko i dlatego mamy bardzo stabilne i bardzo wysokie napięcie zasilania. Ale jeżeli w jakiejś małej miejscowości gdzie zdarzają się wyłączenia, czy zmiany zasilania jeśli ktoś włączy spawarkę czy sieczkarnię, czy coś takiego, to jest bardzo ważne, żeby zachować w tych wzmacniaczach stabilność żarzenia. I tylko dzięki temu, że stosuję lampy z katodami tlenkowymi mogę zastosować precyzyjny stabilizator napięcia żarzenia i ustawić to napięcie załóżmy do trzech miejsc po przecinku wiedząc, że przy zmianach napięcia rzędu +/- 20% trwałość tej lampy będzie zachowana. To jest bardzo ważna rzecz, której nie mają lampy ekskluzywne w tych super modnych ostatnio wzmacniaczach SE budowanych na lampach 211 czy tego typu z katodami torowanymi.

Poza tym jest jeszcze jedna rzecz. Jeżeli przepali się żarzenie w lampie, to we wzmacniaczu z katodami tlenkowymi nic się nie stanie - wzmacniacz przestanie grzać i grać. Ale jeżeli załóżmy w Ongaku pęknie włókno katody, i nie daj Boże, to włókno, które jest napinane przez sprężynkę, po prostu tak odskoczy, że zewrze anodę do żarzenia, to tylko głuche szczeknięcie i do widzenia z kolumnami. To nic go nie uratuje, żaden bezpiecznik. Więc jeśli chodzi o bezpieczeństwo użytkowania lampy z włóknami bezpośrednio żarzonymi są bardzo niebezpieczne. Wymagają bardzo stabilnego podłoża, braku wstrząsów no i trzeba przestrzegać zalecanych godzin pracy, nie katować lampy do końca aż się przepali. Nie wiem czy w instrukcji obsługi do tych szczytowych wzmacniaczy jest to uwzględnianie. A trzeba wiedzieć, że do takich wzmacniaczy ludzie podłączają kolumny wartości pół samochodu jeśli nie więcej. I można mieć niemiłą niespodziankę, gdy taki wzmacniacz nawali. O ile wzmacniacz z prostymi lampami po prostu przestanie grać to wzmacniacz z takimi lampami może zrobić przykrą niespodziankę.

Co jeszcze chciałbym powiedzieć. Zależy mi na tym, żeby te wzmacniacze były łatwe w serwisie, w każdym miejscu na świecie. I są ludzie, którzy czekają na takie wzmacniacze. Ale nie chciałbym prowadzić jakiejś obfitej korespondencji czy tłumaczyć przez telefon poprzez ocean, co ktoś ma zrobić, jak co ustawić. Chodzi o to, że niezbyt doświadczony nawet elektronik, posługując się tylko multimetrem cyfrowym czy galwanometrem przy wymianie lamp z mojego wzmacniacza mógł zachować naprawdę szczytowe parametry przy korzystaniu tylko z instrukcji kalibracji, którą można do takiego wzmacniacza dołączyć. Jeśli wzmacniacz jest zrobiony z jakichś karkołomnych układów, specjalnych, to wymaga naprawdę stanowiska komputerowego niemalże do zachowania odpowiednich parametrów. A tu wystarczy zwykła instrukcja, powiedzieć ustaw to, ustaw tamto. To jest ważne, żeby człowiek nie czuł się bezpośrednio związany z producentem, wtedy kiedy będzie w dalekim ośrodku, w innej miejscowości czy w ogóle w innym kraju. Też jest ważne, że jeśli mnie zabraknie, bo może się coś zdarzyć, żeby to nie było tak, że wzmacniacze chodzą tak długo jak ja jestem osiągalny. Żeby ktoś kto przeczyta taką instrukcję był w stanie doprowadzić wzmacniacz do stanu używalności w dowolnych warunkach, przy użyciu lamp, które są do kupienia. To jest ważne.

GS: Jeszcze a propos trwałości. Jak to wygląda w przypadku samych lamp wykorzystywanych we wzmacniaczach Artline? Ciekawią mnie też pewne sprawy użytkowe, sposób włączania wzmacniacza, jego przetrzymywania z rozwartymi zaciskami kolumnowymi.
AM: Projektując wzmacniacz biorę pod uwagę różne rzeczy, które mogą się zdarzyć użytkownikowi w czasie niezbyt wprawnej obsługi. Jeżeli wzmacniacz jest wyłączony, ściszony i zostaną odłączone kolumny, to u mnie nic się nie stanie. Tak samo będzie jeśli wzmacniacz będzie głośno grający i gwałtownie straci obciążenie, załóżmy ktoś się potknie o kabel. Załóżmy, że coś się stanie. Wzmacniacz jest zabezpieczony, że nie będzie przepięć takich które zdemolują transformator głośnikowy czy odpalą lampy. Więc wzmacniacz jest zabezpieczony, odpowiednim opornikiem na końcówkach, jest odpowiednio preparowana podstawka, są zabezpieczone odpowiednią żywicą doprowadzenia do lamp, jest nawet odpowiednia szczelina rozwiercana by nie było możliwości powstania łuków przy takim przepięciu. Miałem w czasie uruchomień pierwotnych konstrukcji takie zdarzenia, że się pomyliłem i dałem sprzężenie zwrotne nie w tą stronę co trzeba i wzmacniacz się wzbudził. To wtedy wiem, że tutaj ma ochotę strzelić iskra. To znaczy, że tu trzeba zrobić szerzej. Takie rzeczy były już uwzględnione przy tych konstrukcjach.

Jeśli chodzi o trwałość lamp. Prawidłowo wykonana lampa ma zapasu na warstwie emisyjnej na jakieś 10 do 15 tysięcy godzin pracy. Główną przyczyną utraty emisji tych lamp, jest niewłaściwe napięcie żarzenia. To jest bardzo krytyczna sprawa. Nawet w katodach tlenkowych przy użytkowaniu profesjonalnym zaleca się nie większe wahania żarzenia niż 5%. Ja stosuję w swoich wzmacniaczach absolutną dokładność rzędu ułamków procenta ustawiając napięcie żarzenia na woltomierzu cyfrowym. Ustawiam na przykład 12,62V tak żeby już na końcówkach samej lampy było dokładnie 12,6. I wiem, że jeżeli wzmacniacz jest zasilany od 190 do 235V to to napięcie nie ma prawa się zmienić, nawet przy większych obciążeniach, biorąc pod uwagę, że wzmacniacz pracuje w klasie A i ma bardzo duży pobór mocy.

Oczywiście trzeba przyznać, że również inne układy mają wpływ na trwałość takiej lampy. A mianowicie nie przekraczanie napięć krytycznych podanych przez producenta, nie przekraczania maksymalnych prądów katod. To jest również ważne przy czytaniu instrukcji obsługi, że wzmacniacz ma współpracować z kolumnami o określonej impedancji. Jeżeli ja wykonuję wzmacniacz na 8 omów, to nie powinno się używać się obciążenia 4-omowego, bo wtedy prąd czerpany z katod jest o wiele większy i lampy mogą być przedwcześnie zużyte. Jeśli chodzi nie tle o trwałość katod co trwałość lampy. Ważne jest również to, że lampy, które są produkowane przez wiodące firmy na świecie, załóżmy Sylvania, Golden Dragon czy Sovtek czy poprzednie niemieckie Funkwerk Erfurt, dawały porządne materiały na te lampy. Porządny był getter - czyli sreberko napylone na lampę, które powoduje, że próżnia jest utrzymywana przez długi okres czasu. Wybieram takie lampy, które mają i dobry wygląd i pomiary. Przed uruchomieniem wzmacniacza każda lampa jest testowana, czy ma odpowiednie parametry, czy dobrą przewidywaną trwałość, czy nie ma błędów konstrukcyjnych, załóżmy, że włókno żarzenia jest odgięte w bok i ociera o kant katody i jest prawdopodobieństwo, że przy wielu włączeniach i wyłączeniach warstwa alundum izolująca włókno i katoda dostanie zwarcie do żarzenia. Bardzo krytycznie podchodzę do pewnych cech lamp zanim je dopuszczę do wstawienia do wzmacniacza. Mało jest takich lamp, które muszę kategorycznie odrzucić. Tak projektuję wzmacniacz, żeby lampy, które mają nawet dość duże odchyłki parametrowe względem danych katalogowych można było pogrupować w pary i je wykorzystać. Oczywiście jeśli lampa bardzo odbiega od danych katalogowych to nie można jej stosować bo potem do takiej lampy nikt nie dobierze następnej zamiennej, jeśli układ będzie już tak zaprojektowany.

Kiedy wzmacniacze są montowane ręcznie, przy sprawdzaniu każdego elementu na omomierzu kwarcowym cyfrowym, dobieram oporniki w katodach do trzech miejsc po przecinku. Ktoś mógłby powiedzieć że to jest przesada, ale ja uważam że nie. O ile zmierzenie opornika dużo nie kosztuje, może troszeczkę czasu, ale jest to wyraz szacunku dla przyszłego odbiorcy. A to się odwdzięcza tym, że jeśli mam doskonale dobrane oporniki i w anodzie i w katodzie i oporniki polaryzacyjne, to mam mniej odrzutów lamp. Jeżeli mam duże tolerancje, załóżmy bierze się z pudełka oporniki montuje bez mierzenia, to potem wychodzi tak, że trzeba 30 lamp przebrać zanim trafi się taka, która będzie prawidłowo działała w tym konkretnie układzie. Więc coś jest nie tak. Trzeba wszystko robić solidnie i porządnie i to się odwdzięcza. Mam odrzuty rzędu 2-3% z partii lamp. To zmniejsza koszty. Ktoś by pomyślał, że marnuje się czas, ale na dalszą metę, to się opłaca. Później ktoś kupi jakąś inną lampę czy z innej partii, ale jeżeli będzie miał dokładnie te same oporniki to inna partia będzie się zachowywała tak samo. Może napięcie się zmienić 2-3 V na anodzie, ale symetria będzie zachowana między jednym a drugim kanałem. Jeżeli mamy jakieś inne punkty pracy wzmacniacza, załóżmy stabilizację żarzenia, te elementy są też bardzo krytycznie dobierane, ze względu na to, że to ma kardynalne znaczenie na trwałość lamp. Ostatecznie lampy są najbardziej delikatnym elementem takiego wzmacniacza oprócz oczywiście zmontowanych transformatorów głośnikowych, które są nawijane z ręcznym prowadzeniem drutu, specjalnie impregnowane, żeby to było na prawdę absolutnie bezpieczne. Na pierwszy rzut można powiedzieć: po co ty to tak dobierasz kiedy nikt tego nie doceni. Ale to jednak się liczy. Więcej lamp się wykorzystuje, mniejsze są kłopoty przy kalibracji, a poza tym wzmacniacz gra dobrze i człowiek wie, że jeżeli ja już tak przetestowałem te wszystkie elementy to one już nie zrobią żadnego psikusa. Jeżeli element po wlutowaniu jest testowany na omomierzu cyfrowym to jemu już się naprawdę nic nie stanie - chyba że ktoś zacznie w tym grzebać, ale na to już nie mam wpływu. To co mogę zrobić, robię jak najlepiej. Wzmacniacze pracują bardzo symetrycznie. Jeżeli się starzeje, lampy powoli tracą emisję - specjalnie wstawiałem bardzo stare lampy do nowoczesnego układu, wstawiałem lampy z 1959 roku, fabrycznie nowe, ale bardzo stare. Zmienia się punkt pracy, ale nieznacznie. Nie tak, żeby to powodowało jakąkolwiek zmianę parametrów elektrycznych czy akustycznych tego wzmacniacza. Ta lampa może mieć załóżmy o 5% mniejszy prąd, ale on będzie stabilny, będzie symetryczny w jednym i w drugim kanale, w jednej i w drugiej połówce. I ta lampa będzie prawidłowo pracowała. Nie ma problemów jeśli chodzi o zapewnienie serwisu. Jeśli wzmacniacz jest prawidłowo i dokładnie zmontowany z dokładnie selekcjonowanych elementów, nie zrobi żadnego wypadku czy przykrej niespodzianki.

Również inna jest rzecz, na którą mi zwracają uwagę klienci czy w ogóle ludzie zainteresowani - dlaczego te wzmacniacze są tak duże. Dlaczego one są takie ciężkie. Wzmacniacz jest duży dlatego, że pewne elementy nie za bardzo lubią ciepło. Przede wszystkim transformatory wytwarzają dużo ciepła i lampy wytwarzają dużo ciepła. A kondensatory elektrolityczne mają krótszą trwałość jeśli pracują w wysokich temperaturach. Więc robię obudowy w ten sposób by kondensatory elektrolityczne lub inne elementy czułe na ciepło były jak najdalej od źródeł ciepła. Poza tym stosuję kondensatory elektrolityczne z wojskową kategorią klimatyczną, które mogą pracować w bardzo wysokich temperaturach rzędu 85-90 stopni bez pogorszenia parametrów. A trzeba wziąć pod uwagę, że kondensatory w filtrze w takim wzmacniaczu mają kardynalne znaczenie dla jakości dźwięku, dla wybrzmienia basu, dla kontroli pracy tego wzmacniacza. Stosując wojskowe elementy wiem, że one mają na tyle dobre parametry i stabilne w czasie, żeby można z czystym sumieniem powiedzieć, że wzmacniacz powinien pracować dobrze przez jakieś 15 lat. Lub dłużej, bo są kondensatory elektrolityczne, które pracują po 20-30 lat, choć nie w tak krytycznych warunkach jak wysoka temperatura, wysokie napięcie, duże prądy wyprostowywane. Tam gdzie można, stosuje się elementy jak najbardziej trwałe, jak najbardziej wyselekcjonowane, już w cyklu produkcyjnym przewidziane na bardzo duże obciążenia, na duże zapasy. Ja wcale się nie wstydzę, że kondensator, który zastosowałem ma duże wymiary, że wygląda jak szklanka. Ja nie będę stosował kondensatora bo piękny, mały, japoński i w ogóle. Oczywiście mógłbym to zastosować. Tylko wiem, że ten kondensator, jeśli on jest taki malutki i pracuje w ciężkich warunkach w wysokiej temperaturze, jego trwałość będzie wielokrotnie mniejsza niż kondensatorów wojskowych, które są produkowane na militarne warunki pracy. Nie mówię na rzucanie czy większe przyspieszenia, ale na trudne warunki pracy, na duże zmiany obciążenia, na wysoką temperaturę. I nie trzeba unikać takich kondensatorów, które są stosowane ze względu na to, że mają nieciekawe końcówki, że trzeba się pomęczyć i owiercić szczelinę a nie jeden otworek. Uważam, że trzeba jednak stosować kondensatory elektrolityczne profesjonalne, które będą bardziej trwałe. A biorąc pod uwagę, że człowiek się jednak przywiązuje do swojego sprzętu, warto zachować to minimum bezpieczeństwa, że taki wzmacniacz za dwa, trzy lata nie padnie tak, że trzeba kupić nowy, ewentualnie całe moduły wymieniać. Pewne moduły z tych wzmacniaczy można stosować w kolejnych wersjach rozwojowych. Załóżmy przedwzmacniacze, stabilizatory żarzenia, czy kondensatory filtrów. Całe moduły filtrów z Maiko zostały również zastosowane do Pocahontas, co ułatwiło konstrukcję, zmniejszyło koszty i można moduł od Maiko wstawić do Pocahontas, gdyby nie daj Boże coś się tam stało. Można zamówić dwa razy więcej płytek stabilizatorów żarzenia, a nie kosztownie projektować do każdego wzmacniacza specjalistyczną płytkę.

Też jest ważne żeby jednak te wzmacniacze były dla mniej zamożnych melomanów. Może to już wielokrotnie podkreślam, ale zauważam, że trzeba pewne sprawy odczarować. Wzmacniacz lampowy powoduje to, że jedna trzecia informacji na dysku jest uwalniana. Jest przede wszystkim informacja o pomieszczeniu, w którym zostało wykonane nagranie. Pewne drobne szczegóły, które są tracone, gdy jest wzmacniacz tranzystorowy używany i nie trzeba się bać tego, że wzmacniacz będzie wymagał bardzo kosztownych kolumn, które będą musiały być ekskluzywne, wspaniałe i bardzo kosztowne. Robiłem badania z prostymi kolumnami, załóżmy od "elizabetki". Po podłączeniu tych kolumn do wzmacniacza Maiko dźwięk zachował swój charakter. To może brzmieć absurdalnie dla zwolenników Sonus Faber Extremy czy jakichś innych Klipschów, ale naprawdę nie trzeba unikać powiedzenia pewnych prawd: jeśli wzmacniacz lampowy jest prawidłowo wykonany i działa z dobrym źródłem to charakter tego dźwięku będzie zachowany. On nie będzie miał takiej ilości szczegółów jakie by miał na super ekskluzywnej kolumnie, ale nawet nie wprawiony meloman odróżni dźwięk wzmacniacza tranzystorowego od lampowego. Nawet jeśli lampowy chodzi na bardzo niskiej klasy kolumnach, a tranzystorowy chodzi na jakichś szczytowych monitorach.

GS: Z czego według Pana wynika ta różnica, pomijając klasyczną kwestię parzystych harmonicznych w zniekształceniach.
AM: Wzmacniacz lampowy ma dużo parzystych harmonicznych. One dodają dźwiękowi tego piękna, którego niektórzy ludzie po prostu nie chcą. Chcą mieć referencyjne źródło i bardziej skupiają się na ocenianiu jakości nagrań i wszystkich subtelności, słuchają muzyki nie po to aby ją posłuchać, ale po to aby oceniać. Ach jak tu ładnie zagrało. To jest przegięcie w drugą stronę. Też czasami łapię się na tym. Ale muszę sobie jasno powiedzieć, teraz słucham muzyki relaksowo, nie oceniam czy wzmacniacz jest taki czy siaki. Z trudem mi to przychodzi, ale coraz bardziej wychodzi mi na to, że przy słuchaniu muzyki ze wzmacniacza lampowego jest to muzyka bardziej przyjemna, mniej męcząca. Są również potwierdzenia wśród innych moich kolegów. Załóżmy na prywatce jeżeli idzie wzmacniacz tranzystorowy to po pół godzinie trzeba się mocno napić, żeby to wytrzymać i żeby to nie było męczące. Przy słuchaniu wzmacniacza lampowego na imprezie - oczywiście są inne niebezpieczeństwa (śmiech) - po kilku godzinach człowiek nie jest zmęczony, nawet przy tej całej głośności odtwarzanej muzyki.

Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że wzmacniacz może być zalany jakimś trunkiem czy stłuczony, czy coś podobnego. Ale tak samo można zalać tranzystorowy wzmacniacz i on też się zbuntuje. Oczywiście może to spowodować pewne ułagodzenie obyczajów, kiedy ludzie już widzą, że jest wzmacniacz, to już wiadomo, że nie można szaleć za bardzo, że nie można do niego zbyt blisko podchodzić kiedy pracuje, uważać, żeby go nie stłuc, czy nie strącić. Jest dość ciężki, więc raczej nie spadnie, ale jest to tak samo niebezpieczne jak chodzi o bezpieczeństwo obsługi. Jak się naleje wody do wzmacniacza tranzystorowego to może kogoś nie zabije, ale się zniszczy, tak samo jak się naleje wody na wzmacniacz to pękną lampy, poleci bezpiecznik, zadziała zabezpieczenie no i też będzie koniec imprezy. I tu i tu trzeba uważać.

Wzmacniacz tranzystorowy jest bardziej męczący i powoduje utratę bardzo wielu szczegółów z płyt, które można by usłyszeć, a są bezpowrotnie tracone. Dlatego po słuchaniu wzmacniacza lampowego człowiek odkrywa takie informacje, które powodują, że zaczyna się przeżywać tą muzykę, zaczyna się kontaktować z muzykami, którzy grają. Oczywiście nie mówię o przypadkach gdy gra załóżmy jakiś sampler, ktoś się wyżywa na perkusji i to jest raczej pozbawione sensu. Ale jeżeli słuchamy nawet ambitnej muzyki, czy klasyki, czy nagrań akustycznych jazzowych, czy wokali. Można rzeczywiście wpuścić Sarę K. do pokoju, tym bardziej, że moje wzmacniacze powodują, że dźwięk jest bardziej wypychany do przodu, co wcale nie jest uważam wadą, ale wzmacniacz realizuje to co mu każą. Jeżeli realizator w studiu przytyka mikrofon przed instrument czy każdy instrument ma swój mikrofon i potem z tego jak z klocków składa się całą panoramę, sztucznie układając czy umiejscawiając to wtedy wzmacniacz posłusznie to wykona. Jeżeli mikrofon przy nagraniu fortepianu jest pod klapę skierowany, a nie stoi kilka metrów czy jest podwieszony z góry - tak jak nagrywa się płyty audiofilskie, załóżmy Chesky Records - to wtedy rzeczywiście efekt bliskości będzie zachowany. Jeżeli mikrofon był blisko źródła dźwięku to wzmacniacz przekaże posłusznie taki rodzaj dźwięku jaki mu kazano. Więc jeżeli jest za blisko instrument i mikrofon to taki efekt będzie nieprawidłowy. Jeżeli będą dwa mikrofony w odpowiedniej odległości, to przy wykorzystaniu dobrego wzmacniacza lampowego będzie zachowana i głębia i separacja poszczególnych źródeł i wybrzmienie i nawet wszelkie inne odgłosy, które pochodzą od odbicia od ścian, czy realizacji dźwięku, które są bezpośrednio potrzebne do tego żeby przekazać, że człowiek był na sali, że był ten delikatny szmerek, że tam gdzieś skrzypiało krzesło, a gdzieś tam ktoś się przemknął z tyłu i zachrobotał. To jest ważne, bo mamy słuchać muzyki, aby uczestniczyć w pewnym wydarzeniu artystycznym, a nie zrobić sobie mętlik w głowie, bo akurat chcę się rozerwać.

Można też powiedzieć o przekraczaniu pewnych poziomów głośności. Nie chodzi o to żeby coś drgało czy skakało, czy żeby ktoś walił szczotką w sufit - chociaż mnie się jeszcze tego typu rzeczy nie zdarzały - ale chodzi o to, że słyszymy instrument taki jaki on jest, naturalny i tylko tak ma być. Bo jeżeli mamy słuchać muzyki po to, żeby wypełnić sobie czas, to przecież nie ma po co marnować i cennych płyt i cennego sprzętu, tak jak przed kolumną wisi mokry koc i tracimy bardzo dużo. Jak się posłucha przez wzmacniacz lampowy, to te wszystkie warstwy, które izolują człowieka między muzykiem a uchem, są odsuwane. I to jest wrażenia bardzo sugestywne. Właśnie wtedy wchodzi delikatny szum samego studia, bo to trzeba przyznać, że studio nie jest w komorze bezechowej, tylko jakiś tam szumek jest, nie szum aparatury, tylko szum po prostu samoistny. Są różne dźwięki, które powstają w czasie i realizacji i stuki klapek instrumentów, można wyczuć czy muzyk ma dobrze nakalafoniowany smyczek, czy nie ma jakieś chrypki, czy ma suchy ustnik, czy ma wyćwiczone palce jak gra na fortepianie, jak gdzie były porozstawiane instrumenty. Muzycy dlatego się męczą tak, by przekazać najdrobniejsze szczegóły gry. Niejednokrotnie widzimy, że jak skrzypek gra, to tam mu aż kapie, że musi jakąś chusteczkę sobie podłożyć. Czy facet, który gra na saksofonie czy innych instrumentach dętych jest cały spocony, widać kropelki potu. Widać, że on przeżywa. Jeżeli mamy autentycznie być jego słuchaczami to również fair trzeba by było być wobec niego, żeby posłuchać tego wszystkiego. A nie tylko mieć zasygnalizowane, że on taką a nie inną melodię gra. Trzeba wszystko to co on z siebie wkłada w tą swoją grę z szacunkiem przenieść jako pewien dokument. Dlatego wzmacniacz lampowy pozwala na bardzo osobiste przeżywanie muzyki i to może skłonić pewnych słuchaczy do ściszenia tej muzyki do poziomów bardziej naturalnych i znalezienia pewnego piękna, które jest bezpowrotnie tracone, niekoniecznie wtedy, kiedy jest używany niewłaściwy sprzęt, ale również gdy są używane zbyt wysokie poziomy. Bo trzeba wziąć pod uwagę to, że również ucho ludzkie ma pewne właściwości samoobrony przy zbyt głośnym słuchaniu. To bardzo ważne zjawisko zaobserwowałem przy słuchaniu przez słuchawki. Jeżeli się słucha tak jak na walkmanie, bardzo głośno, to po pewnym czasie, po dwóch trzech minutach słuchania, w uchu następują pewne takie zmiany dostosowawcze, że ucho się broni przed pewną amplitudą, po prostu żebyśmy nie ogłuchli. Jeżeli słuchamy na słuchawkach dość cicho, to ucho wtedy otwiera się na całą czułość, nie zmienia swojego charakteru, i wtedy można bardzo dużo szczegółów usłyszeć przy słuchaniu na słuchawki. Ale również przy słuchaniu naturalnym i na koncercie, oczywiście nie za blisko, ale i w czasie słuchania przez kolumn. Jeżeli słuchamy nie za głośno, aby nie uruchamiać tych procesów obronnych ucha usłyszymy o wiele więcej szczegółów niż gdy chcemy się dopalić i posłuchać ulubionego fragmentu. Oczywiście jest to dopuszczalne, bo każdy jest panem swojego losu i jeżeli chcemy sobie "przyczadować" nikt nam tego nie zabroni. Chyba, że sąsiedzi albo rodzice w pokoju za ścianą. Chodzi o to, że nie należy przesadzać z głośnością aby usłyszeć więcej szczegółów i niuansów dźwięku.

GS: W tej chwili panuje moda na wzmacniacze SE. Już wcześniej rozmawialiśmy na temat stopni SE i przeciwsobnych.
AM: Powiedziałbym, że sam układ SE jest rzeczywiście lepszy jeśli chodzi o wybieranie szczegółów, pewnych niuansów przekazu muzycznego. Ale żeby wzmacniacze SE były na prawdę doskonałe wymagają absolutnie doskonałych lamp. To znaczy super liniowych, o wyczynowych parametrach i obsługa elektroniczna pracy takiej lampy jest bardzo kosztowna. Oczywiście wykonanie transformatora SE jest też kosztowne, chociaż nie jest to aż tak kosztowne jak się to niektórym ludziom wydaje, dyktującym ceny 20.000 funtów za transformator. Ale chodzi o to, że wzmacniacz SE, żeby był naprawdę dobry i żeby tą dobroć i te wszystkie niuanse można było zauważyć i żeby one były niepodważalne i zauważalne od razu to trzeba stosować bardzo kosztowne lampy typu 300B, czy 211, czy lampy projektowane wybitnie do wzmacniaczy SE. Te lampy niejednokrotnie wymagają i wysokich napięć zasilania, żeby zachować odpowiednie parametry i są kosztowne w eksploatacji.

Ja skłaniam się ku temu żeby stosować wzmacniacze przeciwsobne, ale pracujące w klasie A. To znaczy nie ma nigdzie dzielenia sygnału na połówki czy ćwiartki, tylko są dwa niezależne wzmacniacze pracujące w klasie A na wspólny rdzeń transformatora głośnikowego. Dowodem na to, że ten wzmacniacz pracuje dobrze w czystej klasie A, w układzie przeciwsobnym jest to, że jak padnie jedna lampa, załóżmy straci emisję, to trzeba się zastanowić, żeby to zauważyć. Jeżeli padnie jedna lampa w takiej gałęzi. On rzeczywiście może nie mieć już takich wyczynowych parametrów, może mieć trochę mniejszą moc, ale charakter będzie zachowany.

Chodzi mi o to, że ja doceniam to, że są zwolennicy wzmacniaczy SE. Bardzo chętnie robiłbym wzmacniacze SE, tylko nie ma dostępnych takich lamp i w takich cenach, żebym ja mógł zrobić tych wzmacniaczy więcej i żeby byli na to chętni. Bo trzeba wziąć pod uwagę, że bariera cenowa jest jedną z najważniejszych barier przed rozpowszechnieniem tych wzmacniaczy. Ludzie już wiedzą co to są wzmacniacze lampowe, wiedzą dlaczego je się używa, ale traktują je jako coś dla bardzo wysublimowanej klienteli, daleko niedostępne, oglądają kolorowe foldery, ewentualnie oglądają półki sklepowe i widzą Audio Innovations za 4.700 zł. To działa odstraszająco, niezależnie od tego jak ten wzmacniacz by grał. Chcę produkować takie wzmacniacze, żeby one zachowywały doskonałą jakość dźwięku przy użyciu lamp, które są tanie, które są bezpieczne w eksploatacji i które są serwisowo dostępne i nie powodują kosztownego uzależnienia od zagranicznego importu. Dlatego zdecydowałem się na wzmacniacze przeciwsobne, żeby można dobry efekt akustyczny uzyskać przy pomocy tanich lamp, przy pomocy niezbyt skomplikowanych układów elektronicznych. Rzeczywiście wzmacniacze te najczystsze, najładniejsze SE są dość proste. One są dość proste, ale bazują na tym, że stosują super liniowe lampy, które są w naturze liniowe, dobrze grające i dlatego wzmacniacz dobrze zaprojektowany na ekskluzywnych lampach będzie grał dobrze. Ale on jest bardzo kosztowny w eksploatacji.

GS: Jest jeszcze kwestia kompatybilności, są problemy z dużymi impedancjami wyjściowymi i to jest kłopotliwe przy wysterowaniu głośników, dość mocno się uzależnia od charakterystyki impedancji kolumn.
AM: Rzeczywiście. Ale dlatego stosują dużej mocy lampy, żeby one mogły nawet przy niskich spadkach impedancji przeciągnąć kolumnę dokładnie według muzyki a nie przekraczać prądu emisyjnego z katody torowanej. Ale w przypadku użycia lamp mniejszej mocy będzie to szkodliwe dla wzmacniacza, jeżeli nie będziemy wykorzystywać albo odczepów na transformatorach głośnikowych, albo wykonywać konkretne egzemplarze na zamówienie. Ja uważam, że lepiej jest wykonać konkretny egzemplarz dla konkretnego klienta i dla konkretnej kolumny znając jaka jest jej impedancja, jaka jest jej rezystancja dla prądu stałego, niż robić wiele odczepów. Nawijam transformatory głośnikowe dwudziestosekcyjne. Kilkaset końcówek by trzeba było oskrobywać szykować itd. żeby można zrobić trzy czy cztery odczepy na takich transformatorach. Jest to praktycznie niewykonalne bo koszulki izolacyjne na wyprowadzeniach spowodowałyby taki rozrost uzwojeń, że po prostu mogłyby się nie zmieścić na karkasie. Ja wolę zaprojektować konkretnie, ekskluzywnie dla konkretnego klienta dany transformator, nawet jeśli ma jakąś nietypową kolumnę, niż robić niby dla wszystkich ale z możliwością utraty parametrów. Bo jeżeli robi się rzeczywiście transformator z odczepami to rzadko jest on stosowany z wielosekcyjnym nawijaniem przynajmniej uzwojenia wtórnego. Wtedy są to ewentualnie dwie sekcje, nie więcej, jeżeli chodzi o uzwojenie wtórne. To wtedy te 8 czy 10 kabelków można sobie jakoś wyprowadzić. Przy nawijaniu dwudziestosekcyjnych transformatorów nie będzie na to miejsca. Dlatego wolę dopasować dla konkretnej kolumny i konkretnej impedancji.
Jeśli mają Państwo uwagi dotyczące tej strony lub zauważyliście na niej błędy, dajcie nam znać.
Kliknięcie na niniejszy link spowoduje uruchomienie w nowym oknie formularza, przy pomocy którego można przekazać uwagi do redakcji.
Copyright © 1991-2017 Magazyn Hi-Fi, Gdynia, Poland
logo hifi.pl