Start Pomoc Kontakt Reklama O nas Zaloguj Rejestracja

Witryna hifi.pl wykorzystuje ciasteczka (cookies). Proszę kliknąć aby uzyskać więcej informacji.

Marton Opusculum 1.1


recenzja pierwotnie opublikowana w Magazynie Hi-Fi 1/99
Wymiary: 485,240,600 mm
Moc: 140/8
Cena (2/1999): 8.500 DM
Zestaw testowy 1: Sonneteer Byron, JM Lab Point Source 5.1, Zoller Design Metropolis Imagination
Zestaw testowy 2: Sonneteer Byron, zestawy samodzielnie skonstruowane z głośników Scan-Speak Revelator i 18W8545, Zoller Design Metropolis Imagination
Testowano w grupie wraz z: Ancient Audio Passiv/Triode Mono, Jeff Rowland Concentra, Marton Opusculum 1.1, Primare A30.1, Siemel TU10/TR20/TA20, Yamaha AX-1090

Marton jest na naszym rynku firmą wyjątkową. Producent ten nastawił się na rynek stricte high-endowy, co jest odważnym krokiem przy powszechnej opinii o małym popycie na drogie urządzenia audio w Polsce. Przejawia się to zarówno w polityce handlowej jak też i w charakterze samych produktów.

O tym, że mamy do czynienia z nietuzinkowym urządzeniem można się przekonać zanim je w ogóle zobaczymy. Wzmacniacz jest transportowany w specjalnie przygotowanej skrzyni ze wzmocnionymi przy pomocy metalowych listew krawędziami. Skrzynia jest też zaopatrzona w rączki i zamykana na kluczyk. Tak zapakowanego wzmacniacza wcześniej w testach nie mieliśmy. Po widoku samej skrzyni następnym elementem jest masa wzmacniacza równa 50 kg. No a potem mamy już imponujący widok samego urządzenia, z potężnymi radiatorami, specjalnie zaprojektowaną przednią ścianką obudowy, pokaźnymi wkręcanymi od dołu kolcami i ciekłokrystalicznym wyświetlaczem. Do tylnej ścianki przymocowano specjalne odboje, można za nie chwytać wzmacniacz przy przenoszeniu, można też oprzeć na nich urządzenie przy wkręcaniu kolców. Są też i rękawiczki do przenoszenia wzmacniacza - by ślady po palcach nie pozostawały na przedniej ściance. Marton obchodzi się z własnymi urządzeniami z dużym pietyzmem.

Na tym mocne wrażenia się nie kończą. Trzeba też przyznać konstrukcji pana Marka Knagi, że i w środku wzmacniacz prezentuje się imponująco. Odnosi się wrażenie, że z tych elementów można by zbudować co najmniej dwa, a może i trzy tak drogie urządzenia. Imponująca jest bateria długowiecznych kondensatorów Philipsa o łącznej pojemności 440.000 µF! Potężne, wykonane na zamówienie transformatory toroidalne osadzone na podkładzie z gumy neoprenowej też budzą szacunek. Wzmacniacz może się poszczycić sporą mocą wyjściową 140W. Polaryzacja stopni końcowych pozwala na oddanie 30W w klasie A. Dwadzieścia bipolarnych tranzystorów mocy też wydaje się być ilością nadmiarową w stosunku do deklarowanych osiągnięć mocowych.

Koncepcja użytkowa jest bardzo nietypowa. Po części odbieram to jako efekty uboczne zabiegów producenta zmierzających do uzyskania jak najwyższej jakości dźwięku, a po części była to dla mnie nieco nadmierna ekstrawagancja. Właściwa obsługa odbywa się przy pomocy pilota, który w czasie wykonywania testów był jeszcze w wersji prowizorycznej. Umieszczony na tylnej ściance włącznik sieciowy powoduje tylko uruchomienie sterującego procesora, nie ma związku z pracą układów audio. Wzmacniacz nie ma też żadnych regulatorów czy selektorów. Na tylnej ściance jest tylko przycisk mute (odłączający wyjścia głośnikowe), ale został on też zdublowany na klawiaturze pilota.

Po włączeniu (tym prawdziwym, wykonywanym już z pilota) trzeba uzbroić się w cierpliwość. Wzmacniacz musi przejść swój cykl rozruchowy i dopiero po jego zakończeniu możliwa jest dalsza obsługa. Najpierw wykonywana jest inicjalizacja, a potem proces wygrzewania wstępnego. Tak znaczna zwłoka jest spowodowana głównie oczekiwaniem na nagrzanie urządzenia - latem w ciepłym pokoju będzie to trwało krócej, w chłodnym pomieszczeniu potrwa to dłużej, należy liczyć się, że zajmie to kilkanaście minut. Na osiągnięcie pełnych możliwości brzmieniowych producent zaleca jeszcze dłuższe oczekiwanie - około 1 godziny.

Opusculum ma dwa wejścia niezrównoważone (cinch) i jedno wejście zrównoważone (XLR). Podając sygnał przez wejścia cinch dysponujemy możliwością skokowej regulacji poziomu, ale ilość dostępnych położeń jest niewielka - moim zdaniem trochę za mała. Ograniczenia w tym względzie narzuciła pojemność sterującego procesora. Zmiana głośności odbywa się przy pomocy pasywnego tłumika rezystancyjnego. Natomiast przy wykorzystaniu wejść XLR nie ma możliwości regulacji poziomu - trzeba skorzystać ze źródeł o regulowanym poziomie lub z przedwzmacniacza.

Inną użytkową ciekawostką jest umieszczenie we wzmacniaczu zegara. Niestety zegar nie ma własnego zasilania i po włączeniu wzmacniacza każdorazowo trzeba od nowa ustawić godzinę.

Rolę interfesju użytkownika spełnia ciekłokrystaliczny wyświetlacz. Daje on informację o wybranym wejściu, poziomie głośności, działaniu funkcji mute, stanie urządzenia w czasie włączania i wyłączania, sygnalizuje nieprawidłowości (czego akurat nie mieliśmy okazji zaobserwować).

Marton od początku działalności przyjął dość ortodoksyjną politykę handlową, nastawioną na autentycznie zagorzałych audiofili. Wzmacniacze są wykonywane na zamówienie. Na sklepowych półkach urządzeń tej marki nie zobaczymy. Stawia to przed potencjalnym nabywcą zwiększone wymagania. Trzeba odrobinę wysiłku by skontaktować się z producentem w celu organizacji odsłuchu, a potem cierpliwości w oczekiwaniu na wykonanie konkretnego egzemplarza.

Opinia 1
Opusculum to dość nietypowa konstrukcja, posiada nie tylko tor audio, ale również rozbudowany układ sterowania i kontroli. Cena plasuje go w bardzo wysokiej klasie jak na polski rynek. Z tym większym zainteresowaniem i uwagą przystąpiłem do testów. Opusculum słuchałem kilkakrotnie porównując z różnymi wzmacniaczami, tak by uniezależnić się od wpływu przesłuchanych wcześniej urządzeń, a możliwie rzetelnie porównać. Piszę to bo nie zawsze mamy w testach tak drogie urządzenia.

Marton już od pierwszych dźwięków zwraca uwagę dużą poprawnością brzmienia. Włączając swój "zmysł krytyczny" początkowo staram się wyszukać jakieś jaskrawe niedociągnięcia, dobre strony zazwyczaj odkrywają się same. Tym razem okazało jednak, że jeśli słuchacz nie zmusi się do skupienia uwagi na dźwięku generowanym przez Martona, ten przeminie nie pozostawiając większych wrażeń. Wzmacniacz ten określił bym jako idealnie nie zwracający na siebie uwagi. Mikołaj w swoich notatkach stwierdził: "mam bardzo mało uwag na temat średnicy i wysokich to znaczy, że zyskały moje uznanie." Później jednak dodał że bardziej przypadły mu do gustu zarówno Concentra jak i Siemele. Dłuższy kontakt ze wzmacniaczem doprowadził mnie do wniosku, że jego barwy są gładkie i niezwykle równomierne, z drugiej strony ich charakter jest raczej szarawo - nieciekawy. Porównując Martona z wyraźnie tańszym kompletem LFD, dało się zaobserwować że wokal Ala Jarreu w przypadku LFD był bardziej czysty i detaliczny, zmiany barwy, separacja z głosami w chórkach to już wyraźna różnica. W stosunku do czterokrotnie tańszej Yamahy średnica Opusculum jest wyraźnie bardziej równomierna i gładka, najmniejsza różnica jest w nasyceniu barw. Początkowo wydawało mi się że średnica tego urządzenia jest przezroczysta, ale czy tak jest w istocie?

Marton jest niezwykle równy w całym zakresie częstotliwości, trudno doszukać się tam jakichś podbarwień czy odbarwień, nasycenie barwami również jest równomierne. Wiadomo już jak brzmią wysokie tony, teoretycznie wszystko jest, a jednak czegoś brakuje - większej finezji, namacalności. W dźwięku blach perkusyjnych słychać więcej wybrzmień niskotonowych, LFD okraszał dźwięk dodatkowo sporą ilością wybrzmień wysokotonowych. Ilość szczegółów, separacja, rozmieszczenie w przestrzeni są również gorsze niż w przypadku LFD. Dodatkowo aby usłyszeć wszelkie detale i mikrowybrzmienia trzeba się skoncentrować, to nie przychodzi samo.

Sporym atutem wzmacniacza może okazać się bas. Jest nieco skromniejszy i mniej plastyczny niż u konkurentów, ale za to jego zwartość i szybkość to prawie poziom referencyjny (jedynie Concentra była tu lepsza). Szybkie i dynamiczne nagranie Ala Jarreau mogło się podobać. Stopa i gitara basowa znakomicie współpracowały, cały czas zachowując właściwe tempo i akcenty rytmiczne. Poszczególne instrumenty były bardzo dobrze odseparowane, stopa była wydzielona i czytelna, śledzenie gitary basowej nie sprawiało najmniejszych kłopotów. Nagrania wypadały by jeszcze lepiej gdyby bas był bardziej wypełniony, miał więcej masy i charakterystycznego pomruku. Z tego samego powodu mniej atrakcyjnie wypadały utwory akustyczne. Kontrabas był równy, krótki i dobrze kontrolowany, ale trudno było zaobserwować zmiany jego barw, poczuć oddech. Konkurencja tu również miała więcej do zaoferowania.

Walory dynamiczne są na bardzo dobrym poziomie, nie można mieć tu większych zastrzeżeń. Pewne komplikacje rodzi zgrubny system regulacji głośności, nie zawsze do się idealnie dopasować poziom głośności do osobistych potrzeb. Moją uwagę zwrócił również fakt, że w czasie odsłuchów wysterowywałem wzmacniacz do poziomu -3dB, nie zostało zatem zbyt wiele do poziomu 0dB. Osiągnięty efekt, w moim przypadku był jednak całkiem satysfakcjonujący. Nagrania rockowe wypadały chyba najatrakcyjniej, miały sporą porcję wykopu, były dynamiczne i autentyczne, śledzenie pojedynczych instrumentów nie stanowiło żadnego problemu. Symfonia Williamsa - "Olympic Fanfare" pod względem dynamicznym także zaprezentowała się przekonywająco, można mieć pewne zastrzeżenia co do wypełnienia i ilości niskich składowych. Mniej entuzjastycznie wypadły niestety składy kameralne, ogólna żywość i mikrodynamika pojedynczych instrumentów nie tyle były ograniczone co trudno wychwytywalne, prawdopodobnie za sprawą małej ekspresji barw.

Akustyka pomieszczeń, kontury instrumentów, mikroklimat nagrania niestety nie należą do atutów Opusculum. Wzmacniacz zachowuje się nieco powściągliwie przy prezentacji stereofonii. Śledzenie pojedynczych źródeł nie sprawia problemu, ale przy tej cenie życzyłbym sobie więcej separacji, więcej konturów instrumentów, oddechu, atmosfery. Mikołaj odniósł również wrażenie nieznacznego spłycenia sceny, przybliżenia w kierunku słuchacza. Separacja poszczególnych planów jest nieznacznie rozmazana, nie tak precyzyjna jak można tego wymagać. Pomimo że niedociągnięcia te nie są mocno uciążliwe to wydając taką kwotę pieniędzy możemy i powinniśmy wiele wymagać.

Marton jest dla mniej jak wykwintna potrawa, która nie została właściwie doprawiona. Słuchany bezpośrednio po min LFD wydawał się czasami bardziej delikatny i muzykalny, bardziej gładki i przejrzysty innym razem bardziej transjentowy. Opusculum jest równomierny i chyba jednak nieco monotonny. Najbardziej atrakcyjnie wypadają na nim nagrania elektryczne, rockowe wówczas może zaprezentować wszystkie swoje zalety i urzec słuchającego. Poszukiwacze klarownych barw, atmosfery nagrań, wyraźnie zarysowanej stereofonii znajdą na pewno atrakcyjniejsze propozycje w tym przedziale cenowym. (JD)

Opinia 2
Przy odsłuchach Martona głównymi punktami odniesienia był Jeff Rowland Concentra i nasze redakcyjne LFD. Równowaga tonalna wydaje się być zachowana, drobnym wyjątkiem może się wydawać drobne (autentycznie nieduże) uwypuklenie średnicy. Być może nawet nie należy tu mówić o uwypukleniu - to już jednoznacznie kojarzy się ze zmianą proporcji pomiędzy zakresami. Średnica brzmiała po prostu nieco bardziej otwarcie niż reszta pasma. Osobiście pozytywnie odebrałem dużą obecność wokali. Zdaniem Radka taka prezentacja środka nieco zamaskowała wysokie tony - czego osobiście nie odczułem. A wysokie tony niewiele ustępowały średnicy. Także czyste, niewiele mniej wybarwione, co najwyżej minimalnie zmatowione. Gdyby nie bardzo wysoka cena i nie ostra konkurencja to zapewne można by ocenić górę jako klarowną i całkiem żywą - no ale w teście znalazła się Concentra i nie pozostało to bez wpływu na oceny innych wzmacniaczy.

Słuchając Martona cały czas miałem wrażenie, że wzmacniacz ma dość subtelny, delikatny charakter. Odczucie to zupełnie nie koresponduje z wyglądem i ciężarem Opusculum - w pierwszej chwili można by się spodziewać, że z urządzenia o wadze 50 kg wypłynie fala dźwięku, który wgniecie słuchacza w fotel. A tymczasem bas był bardzo zwarty, wyrazisty, szybki i kontrolowany - jednak nie tak potężny jak u niektórych konkurentów - choćby w porównaniu z LFD PA2M. Krótka dyskusja z konstruktorem jaką odbyłem po zakończeniu testu naświetliła sprawę nieco szerzej. Sposób reprodukcji basu nie jest tu owocem przypadku, ale świadomego wyboru. Zwiększenie masy basu, zmiana jego charakteru na bardziej efektowny nie stanowiłaby problemu - jednak postawiono na maksymalną precyzję tego zakresu. Wydaje mi się, że taka decyzja ma sens. Dla uzyskania głęboko schodzącego i dynamicznego basu istotniejsze od walorów wzmacniacza są możliwości kolumn. Natomiast straty w wyrazistości czy kontroli powstające w jednym elemencie toru są już niemożliwe do nadrobienia. Być może bas z Opusculum będzie dla niektórych zawodem - ale sądzę, że w zestawieniu z odpowiednio szerokopasmowymi kolumnami może on sprawdzić się bardzo dobrze. Jeśli jednak ktoś chciałby ze swoich high-endowych miniaturek wydobyć przy pomocy Opusculum cały możliwy do uzyskania bas, to na pewno mu się to nie uda.

Prezentacja basu może też w pewnym stopniu zaważyć na postrzeganiu dynamiki. Jak wspominałem nie powstało tu efektowne uderzenie dźwięku w najniższych oktawach. Całościowo wzmacniacz wypadł jednak bardzo dobrze - ogólna rozpiętość dynamiczna i swoboda brzmienia są wysokich lotów. Poza tym Opusculum ma w sobie coś wybitnego - czasową precyzję. Nie było tu żadnych zbędnych wybrzmień, przeciągań. Z godną podziwu konsekwencją Opusculum zachowuje kontrolę przy odtwarzaniu wszelkich kłopotliwych nagrań, tak jakby zachowanie rytmicznych walorów tłusto nagranego basu przychodziło mu bez wysiłku. Bez wątpienia tu w pełni objawiły się korzyści związane z charakterem niskich tonów.

Stereofonia Martona nas nie zawiodła, głównie ze względu na precyzję ustawienia. Choć Radek nie skomentował tego zjawiska, to szczególną zaletą wydała mi się precyzyjna lokalizacja basu. Nie znaleźliśmy tu jakiegoś szczególnie efektownego oddechu przestrzeni, ale przejrzystość źródeł była całkiem satysfakcjonująca.

Sporo już pisałem na temat basu. Po wcześniejszych uwagach nie będzie już zaskoczeniem, jeśli dodam, że w dolnych rejestrach wzmacniacz grał bardzo selektywnie. Także reszta pasma cechowała się dobrym porządkiem, przy czym średnica wypadała trochę lepiej niż wysokie tony. Wspomniane oznaki zmatowienia mogły chwilami ograniczyć sugestywność kolorystyki.

Trzeba to oddać firmie Marton - wzmacniacz robi to co obiecuje producent - gra w sposób bardzo zrównoważony i neutralny. Jest też jednak prawdą, że różni konkurenci dają nieraz "czegoś" więcej. Trochę więcej basu, dosadniejszej barwy czy bardziej ożywionego pogłosu. Rodzi się pytanie czy to Opusculum trochę uspokaja przekaz czy to my jesteśmy przyzwyczajeni do różnych delikatnych podbarwień. Czy nasze gusta są lekko zniekształcone i oczekujemy drobnych deformacji sprawiających przyjemność odsłuchu? Być może do pewnego stopnia tak jest. Ale jest też prawdą, że w brzmieniu Opusculum najbardziej starano się o zachowanie poprawności, o czystość dźwięku, nawet kosztem lekkiego uszczuplenia ekspresji. W zestawieniu z innymi wzmacniaczami tego przedziału cenowego - choćby z naszym LFD czy Jeffem Rowlandem Concentra - Opusculum robi znakomite wrażenie swą wartością materiałową. Brzmienie jest bardzo dojrzałe i według mnie w pełni koresponduje z wysoką ceną. Zgadzam się jednak z Radkiem - a twierdzi on, że Concentra jest jeszcze lepsza. (GS)

Jeśli mają Państwo uwagi dotyczące tej strony lub zauważyliście na niej błędy, dajcie nam znać.
Kliknięcie na niniejszy link spowoduje uruchomienie w nowym oknie formularza, przy pomocy którego można przekazać uwagi do redakcji.
Copyright © 1991-2017 Magazyn Hi-Fi, Gdynia, Poland
logo hifi.pl