Start Pomoc Kontakt Reklama O nas Zaloguj Rejestracja

Witryna hifi.pl wykorzystuje ciasteczka (cookies). Proszę kliknąć aby uzyskać więcej informacji.

Zmierzch płytowego piractwa

8 lutego 1999

Zawsze wydawało mi się, że jestem człowiekiem dość spokojnym, mniej podatnym na zdenerwowanie od przeciętnego mieszkańca Europy Środkowej (a właściwie to nadal mi się tak wydaje). Jeśli wyłączam telewizor to zazwyczaj dlatego, że wieje odeń nudą. Ostatnio zrobiłem to jednak z powodu irytacji.

Był zimowy wieczór, wróciłem do domu, włączyłem tv i trafiłem na dyskusję o piractwie fonograficznym, ochronie praw autorskich, cenach płyt i pokrewnych zagadnieniach. Dyskusja była nie byle jaka, a to ze względu na skład zebranych w studiu gości. Byli prominentni przedstawiciele firm fonograficznych, wytwórców oprogramowania, ministerstwa i bardzo popularni artyści. Były też reporterskie sondy ze sklepu płytowego, gdzie kilka nieco stremowanych osób publicznie przyznawało się do kupowania nielegalnych nośników. No i dla kontrastu pojawił się też dziennikarz muzyczny, który lansował tezę (teza była słuszna, ale jej obrona bardzo nieudolna), że płyty są za drogie.

Srogi zawód sprawili artyści. Najpierw ze smutnymi minami ubolewali, że płyty są tak drogie i że klienci nie mogą sobie na nie pozwolić. Niestety trudno uwierzyć w szczerość tej troski o nabywców płyt, bo zaraz pojawiły się wypowiedzi w zupełnie innym tonie. Jak stwierdził jeden gość, nie wszyscy muszą jeść kawior. Dał w ten sposób do zrozumienia, że jeśli kogoś nie stać na zakup płyt, to powinien się z tym pogodzić. Ktoś inny powiedział, że muzycy nie są bogaci bo on sam ma stary samochód przeciętnej klasy. Jeszcze kto inny dowodził, że koszty w fonografii muszą być wysokie no bo przecież profesjonalizm kosztuje. A osoba wypowiadająca te słowa lubi mieć profesjonalnie zrobione teledyski - inne jej nie satysfakcjonują.
Coś mi się wydaje, że troska o własne przychody stępiła tu zdolność logicznego myślenia. Porównanie płyt do kawioru jest zupełnie nietrafione. Kawior to synonim luksusu, a płyta CD jest towarem masowym. Jeśli płyta kosztuje dwa razy więcej niż powinna, to wypominanie klientom braku pieniędzy zbliża się niebezpiecznie do granicy gdzie kończy się dobry smak i kultura. Gdyby udało się w jakiś sposób przezwyciężyć monopolistyczne praktyki wydawców fonogramów (czy może się udać? - o tym dalej), urealnić cenę płyty, to potem można by klientom wypominać, że kupują "piraty" po 15 zł. Ale w istniejącej sytuacji?
Argument, że artysta ma za słaby samochód jest nadzwyczaj pocieszny. Nie pamiętam jakie auto miał gość żalący się w telewizyjnym studiu, ale posiadanie samochodu - nawet jeśli byłby to dziesięcioletni pojazd średniej klasy - nie jest w Polsce oznaką biedy. Szczerze mówiąc fakt posiadania przez pana X takiego a nie innego samochodu jest dla sprawy nieistotny, bo pan X może być rozrzutny, leniwy, może mieć źle sformułowaną umowę ze swoją wytwórnią płytową, a może też być mniej popularny niż mu się wydaje. Gdyby ktoś przeprowadził kompleksowe badania samochodów posiadanych przez muzyków to pewnie można by wysnuć jakieś wnioski na temat zamożności tej grupy na tle reszty społeczeństwa. Z informacji o jednym samochodzie nie wynika nic. W każdym bądź razie pozostali goście ze studia nie przyłączyli się z deklaracjami, że oni też mają zbyt słabe samochody. Zaryzykowałbym twierdzenie, że w większości mają oni zupełnie przyzwoite auta.
Interesujący jest pomysł, że skoro artysta chce mieć profesjonalne teledyski, koszty globalne przygotowania płyty muszą być wysokie, a klient ma się z tym pogodzić.
A ja twierdzę, że wcale nie. Jak artysta sam zapłaci za swe teledyski to będzie mógł je sobie zrobić tak profesjonalnie jak mu się zamarzy. Tyle tylko, że zazwyczaj artysta robi teledyski za pieniądze spływające do wytwórni płytowej od klientów. A klienci mogą zapłacić jeśli chcą. To ich dobra wola, a nie żaden przymus. Kupując płytę klient spełnia rolę mecenasa czy też sponsora. Artysta występuje w roli kogoś, kto o te środki zabiega - innymi słowy przedstawia swą ofertę. Klient patrzy co i za ile mu się oferuje, potem podejmuje decyzję. Jeśli nie wystarczy pieniędzy na drogie teledyski to znaczy, że oferta nie spotkała się z zainteresowaniem. Oczywiście mam świadomość, że ten układ mecenatu nie funkcjonuje w tak prosty sposób - wytwórnia płytowa nie jest bowiem wcale zwykłym przekaźnikiem, lecz inwestorem aktywnie kształtującym sytuację. Jeśli nawet ten układ funkcjonuje na niezdrowych zasadach, to przecież nie klienci ponoszą za to winę. Czemu więc mieliby ponosić wynikające z tego koszty?

Cokolwiek zapędziłem się w polemikę z przypadkowo wybranymi wypowiedziami różnych muzyków i gdybym tak brnął dalej w szczegóły, to pewnie szybko zniknęłaby nam z oczu całość zagadnienia.
Nie trzeba się wcale wysilać by dostrzec, że z wykonywania i tworzenia muzyki żyje wielu twórców bardzo miernych. Liczba kiepskich płyt jest tak duża, że tytuły degradujące kulturę muzyczną przeważają nad tymi, które ją rozwijają. Można się wręcz zastanawiać czy przypadkiem z muzyki nie utrzymuje się zbyt wiele osób.
Po takim stwierdzeniu przedstawiciele firm płytowych oburzą się pewnie, że nie leży mi na sercu rozwój twórczości, że nie doceniam ogromnego ryzyka repertuarowego ponoszonego przez wytwórnie. O ponoszonym ryzyku ludzie ci mówią bowiem bardzo chętnie. A kiedy słyszę coś takiego, nie wiem czy śmiać się czy płakać. O jakich decyzjach repertuarowych jest mowa? Czasy kiedy największym atutem dobrego szefa wytwórni płytowej był nos do repertuaru już dawno minęły. Teraz muzyka to przemysł, liczą się już inne kryteria. Przed dokonaniem inwestycji trzeba znaleźć argumenty, które przekonają smutnych panów trzymających rękę na firmowej kasie i przygotowujących raporty dla akcjonariuszy. Artysta ma mieć image - bo to jest coś, co przyciąga uwagę i dobrze się reklamuje. Trzeba wyłożyć pieniądze na reklamę. Trzeba zadbać o odpowiednie kontakty w odpowiednich mediach, co często też kosztuje. Znakomicie jeśli artysta ma znane nazwisko. A repertuar? Przecież jest już tyle sprawdzonego! Można zrobić następne 'covery'. No a jeśli już koniecznie nowy repertuar, to najlepiej od kompozytora, który ma na swym koncie odpowiednio dużą ilość przebojów. To nie nadmierne ryzyko repertuarowe, ale właśnie niechęć do jego podejmowania jest problemem. Zamiast podjąć ryzyko repertuarowe robi się coś wręcz przeciwnego. Płaci się za reklamę, za materiał muzyczny, a wszystko w myśl zasady, że jeśli się odpowiednio dużo zainwestuje, to w rezultacie będą dochody. Taka stricte gospodarcza logika dominuje w przemyśle muzycznym, a jeśli się ją przyjmie, to nieuchronnie dojdziemy do wniosku, że płyty faktycznie muszą być drogie.
Kontynuując wątek z powyższego akapitu można jednak dojść do ciekawego wniosku, zupełnie odwrotnego do tezy lansowanej przez przedstawicieli przemysłu muzycznego. Twierdzą oni, że to brak pieniędzy utrudnia wzbogacenie repertuaru, bo trudniej podjąć ryzyko wydania nowej płyty. A może to nadmiar pieniędzy zabija rozwój w muzyce? Jeśli artysta i jego wydawca mają skromne środki finansowe, to wówczas sama muzyka staje się największym kapitałem, najlepszym gwarantem sukcesu. Za to w działalności dużych koncernów płytowych widać wyraźnie poszukiwanie gwarancji sukcesu w technikach marketingowych, co prowadzi do komercjalizacji muzyki, wzrostu kosztów produkcji, a także do utrudniania działalności twórców i wytwórni nie należących do finansowej elity.

To tylko kilka luźnych uwag zainspirowanych telewizyjną dyskusją. By dokładnie pokazać jak chora jest fonografia trzeba by napisać dużo więcej. Dziwi mnie tylko, że dziennikarze z wysokonakładowej prasy tak konsekwentnie ignorują ten nadzwyczaj wdzięczny temat.

Jest jeszcze jedna intrygująca kwestia. Co będzie dalej? Jeśli tym pytaniem chcielibyśmy objąć cały świat - to odpowiadam, że nie wiem. Być może w krajach Zachodniej Europy i Ameryki Północnej ludzie są tak bogaci i tak ociężali umysłowo, że nadal będą kupować płyty w takich cenach jak obecnie, że sfinansują fortuny gwiazd popu, milionowe pensje szefów wytwórni płytowych, kolorową prasę muzyczną, teledyski realizowane coraz częściej za setki tysięcy czy nawet miliony dolarów. A być może jednak skorzystają z możliwości jakie przynosi technika i zagłosują nogami - zmniejszając zakupy płyt wywrą presję na urealnienie cen.

Nowe możliwości techniczne są coraz intensywniej wykorzystywane. W kraju takim jak Polska wręcz nie widzę szans rozwoju dla fonografii w obecnym kształcie. Piractwo przemysłowe, choć ciągle silne, w dalszej perspektywie wcale nie musi być aż tak istotne. Cóż z tego, że zmieni się prawo, że uaktywni się policję, prokuraturę i służby celne, że znikną z ulic i targowisk kramiki z przemyconymi płytami. Moim zdaniem wyniknie z tego niewiele. Będzie to kolejna opowieść "jak to góra urodziła mysz". Przyszłość fonografii ukształtują inne czynniki.
Czy ktoś wierzy w możliwość zastopowania rozpowszechniania plików MP3 w Internecie? Owszem, w niektórych krajach likwiduje się serwery z muzyką za darmo. Ale są przecież inne kraje, w których nikt się nie przejmuje ochroną praw autorskich. A czy ktokolwiek wyobraża sobie w Internecie cenzurę blokującą wymianę plików z muzyką pomiędzy prywatnymi osobami?
Załóżmy, że każda płyta kupowana w sklepie zostanie choć raz skopiowana na CD-R. Z tego wynika, że legalna produkcja będzie miała tylko pięćdziesięcioprocentowy udział na rynku. A założenie takie jest bardzo ostrożne. Czemu płyta nie miałaby zostać skopiowana dwa, trzy lub cztery razy? Według moich obserwacji prawie każdy meloman ma już jakiś kontakt z właścicielem CD-R. Częściej są to rejestratory komputerowe, ale przecież i one mogą z powodzeniem służyć do nagrywania płyt audio.
No a przecież trzeba pamiętać, że zarówno CD-R jak i Internet mają przed sobą lata intensywnego wzrostu. Wiara przedstawicieli przemysłu fonograficznego, że poprzez sprawne ściganie piractwa i kształtowanie świadomości klientów uda się uratować obecny kształt fonografii jest moim zdaniem skrajnie naiwna - to myślenie życzeniowe. Zresztą kto wie czy faktycznie ludzie ci wierzą w to co mówią. Może po prostu rozpowszechniają opinie, które w obecnej chwili są dla nich najbardziej korzystne.

Prywatnego kopiowania nie da się powstrzymać w żadnym, choćby na wpół demokratycznym kraju. Przemysł będzie musiał podjąć ekonomiczną rywalizację z drugim obiegiem płyt nagrywanych domowymi sposobami. Jak sądzę nie będzie na to trzeba czekać zbyt długo. Zastanawiam się czy czas należy odliczać w latach czy może już w miesiącach. Jeśli tv zafunduje nam jeszcze kilka podobnych dyskusji jak ta wyemitowana ostatnio, to rozsierdzeni klienci pewnie wykupią wszystkie nagrywarki CD w sklepach i przyspieszą ten proces. A może warto by rozważyć jeszcze inną opcję. W USA znaleźli się już muzycy, którzy zrezygnowali z usług wytwórni płytowych, założyli własną firmę i sprzedają płyty wyłącznie w Internecie. Ponoć pomysł się sprawdził. (GS)

Jeśli mają Państwo uwagi dotyczące tej strony lub zauważyliście na niej błędy, dajcie nam znać.
Kliknięcie na niniejszy link spowoduje uruchomienie w nowym oknie formularza, przy pomocy którego można przekazać uwagi do redakcji.
Copyright © 1991-2016 Magazyn Hi-Fi, Gdynia, Poland
logo hifi.pl